• Wpisów:305
  • Średnio co: 7 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 06:17
  • Licznik odwiedzin:34 465 / 2312 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Trener polskiej kadry przeprowadził eksperyment. Po raz pierwszy w reprezentacji na wielkiej imprezie zagra czterech ludzi, którzy co prawda mają polskie dokumenty, ale z polszczyzną są na bakier: Damien Perquis, Ludovic Obraniak, Eugen Polanski, Sebastian Boenisch.

Jeszcze nie wiadomo, co pokażą na Euro, ale eksperyment Franciszka Smudy już wywołał zgrzyty. Etniczne.

Nie będzie Niemiec

Najpierw eksperyment nie spodobał się kibicom. W zeszłym roku jeden z portali wezwał do wygwizdywania na meczach Eugena Polanskiego. Potem kandydat na posła PiS Jan Tomaszewski, znany z niewyparzonego języka, zmieszał z błotem innego piłkarza, Damiena Perquisa: – Jakiś śmieć francuski, taki śmieć futbolowy, który u siebie się nie załapał, gra u nas – mówił na spotkaniu przedwyborczym w Toruniu były bramkarz reprezentacji.

Kilka tygodni temu poseł w Radiu Zet znów wyraził się wobec "obcych" krytycznie: nie chce, żeby w koszulce z orłem "grali jeden Francuz i dwóch Niemców, którzy grali już dla Francji i dla Niemiec" i którzy "odbierają naszym prawdziwym Polakom" miejsce w reprezentacji.

Piotr Boenisch, obywatel Niemiec, ojciec piłkarza Sebastiana, napisał wówczas list: "Nazywam się Piotr Boenisch, urodziłem się w 1963 roku w Gliwicach. (…) Staraliśmy się wychować naszych synów w dwóch kulturach, co moim zdaniem nam się udało. Takie cechy charakteru, jak nienawiść, ignorancja, nietakt i chamstwo są im obce. Nauczyliśmy ich także nie zamykać za sobą wszystkich drzwi, aby zawsze mogli wejść z powrotem. Jestem dumny z moich synów. Życzę Panu dużo zdrowia, pomyślności w życiu osobistym oraz politycznym. (…) Ja jestem i czuję się zadomowiony w całej Europie".

Kibicować? Naszym

Z reprezentantami z Francji nie jest źle. Oprócz Tomaszewskiego nikt się na nich szczególnie nie rzuca. Kibice najczęściej mają problem z kadrowiczami z Niemiec.

Mówią tak: są dwa typy piłkarzy, którzy mieszkają w Niemczech. Typ pierwszy: Łukasz Podolski. Jako dzieciak wyjechał z rodzicami do Niemiec, lecz nigdy nie zapomniał o Polsce. Zawsze deklarował chęć gry w biało-czerwonych barwach. I po polsku mówi znośnie.

Typ drugi to Sebastian Boenisch i Eugen Polanski. Też wyjechali, ale o Polsce przypomnieli sobie, gdy pojawiła się szansa na grę w reprezentacji.

Ani Boenischowi, ani Polanskiemu nikt nie doradził, żeby w tematach polsko-niemieckich poruszali się z ostrożnością sapera.

Nic dziwnego, że Polanski, który kiedyś grał w młodzieżowej reprezentacji Niemiec i raz odrzucił propozycję gry w Polsce, wyznał, że gdyby nie zagrał w polskiej kadrze, to w meczu Polska – Niemcy kibicowałby Niemcom. Oraz że hymn zna tak sobie, raczej po łebkach. Jan Tomaszewski podsumował zaś w jednym z wywiadów: – Nie chcę, żeby ludzie, którzy grali w młodzieżowych reprezentacjach Francji czy Niemiec, profanowali dziś koszulkę z białym orłem, w której ja i moi koledzy zdobywaliśmy medale mistrzostw świata i olimpiady.

Dziadek Zygmunt zapewnił piłkarza

Urzędnicy idą na rękę nowym reprezentantom. Dowód osobisty? Rach-ciach. Paszport? Proszę bardzo. Przy odgrzebywaniu polskich korzeni piłkarzy pracują urzędnicy w samorządach – kompletują wszystkie dokumenty.

2009 rok. Ozdobna tuba jedzie z Pobiedzisk do Bydgoszczy na towarzyski mecz reprezentacji z Grecją. W eleganckim opakowaniu kartonik z napisem po polsku i francusku: "Burmistrz miasta i gminy Pobiedziska serdecznie zaprasza pana Ludovica Obraniaka wraz z rodzicami do odwiedzenia rodzinnej miejscowości jego przodków w dowolnym terminie". Zaproszenie przygotowali urzędnicy. Piłkarz Ludovic Obraniak dostaje je przed meczem, w którym debiutuje w biało-czerwonych barwach. Jest wzruszony.

Pobiedziska, miasteczko pod Poznaniem, też są wzruszone. Dziennikarze przyjeżdżają oglądać dom przy ulicy Jeziornej, z którego dziesiątki lat temu wyruszyła do Francji rodzina Obraniaków. Dom nie wygląda najlepiej. W Pobiedziskach nie ma już nikogo, kto pamiętałby dziadka Ludovica, Zygmunta Obraniaka, który wyemigrował do Francji. Ale kiedy pojawia się wieść, że Ludovic będzie kopał piłkę w drużynie biało-czerwonych, wszyscy pękają z dumy. O dziadku Zygmuncie lokalna gazeta pisze, że "de facto zapewnił reprezentacji Polski znakomitego piłkarza".

W pobiedziskiej legendzie dziadek Zygmunt (obywatelstwo francuskie przyjął dopiero w 1964 r.) jest ważny dla Ludovica. Ponoć był osobą, dzięki której piłkarz utrzymał kontakt z dawną ojczyzną. Prawda jest taka, że dziadek zmarł, kiedy Ludo miał dwa lata. Rodzice po polsku mówią słabo. On sam języka nie zna. Wracając na łono ojczyzny dziadka, Ludovic miał fart: Zygmunt przyjął francuskie obywatelstwo, ale nigdy nie zrzekł się polskiego.

Mieszkańcy Pobiedzisk są dumni: mówią "ten nasz". Temu naszemu przy zdobywaniu paszportu nikt nie pomagał, jak kiedyś Olisadebe. Ten nasz chodził od urzędu do urzędu, wypełniał formularze, pisał podania, robił zdjęcia. Był traktowany jak normalny petent.

Choć w tym sezonie rzadko pojawiał się na boisku, to w Pobiedziskach ten nasz Obraniak wciąż jest popularny.

Perquis: ścieżka prezydencka

Podobno pradziadek Damiena Perquisa urodził się w Strzyżewku na południu Polski. Nie wiadomo, czy Perquis jest tam popularny, bo jedyna miejscowość o tej nazwie leży w Wielkopolsce.

Wiadomo, że pradziadek wyemigrował z Polski do Francji prawie sto lat temu. Damien urodził się w Troyes, gra w FC Sochaux, piątym zespole ligi francuskiej.

Wiadomo, że Damien uczy się polskiego i że w rodzinie nie zachowały się niemal żadne dokumenty.
http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/kraj/drybling-ukrytej-opcji,1,5151129,kiosk-wiadomosc.html
Spory narodowościowe w sporcie? Kiedy zakładasz krótkie majtki i wychodzisz na boisko, to wszystko przestaje mieć znaczenie.

Dla Perquisa uruchomiono szybką ścieżkę zdobywania polskości – potwierdzenie obywatelstwa. Nadzwyczajną procedurę, "ścieżkę prezydencką". Z tej samej procedury skorzystał w 2000 r. Aleksander Kwaśniewski w sprawie Emmanuela Olisadebe, tak w 2008 r. zadziałał Lech Kaczyński w przypadku Rogera Guerreiro.
O tym, że Perquis został Polakiem, za pośrednictwem Twittera obwieścił światu Sławomir Nowak, wtedy urzędnik Kancelarii Prezydenta Komorowskiego.

Boguś zostaje Eugenem

Sosnowiec-Zagórze. Na wzniesieniu, z którego roztacza się widok na zielone Zagłębie, pod blokami przy ulicy Białostockiej dzieciarnia ugania się za piłką. Kolorowe koszulki. Jest jeden Beckham i dwóch Żurawskich. Pięć metrów od placu zabaw, w bloku pokrytym azbestową okładziną, w mieszkaniu na trzecim piętrze wychowywał się Eugen Polanski.

W 1986 r., kiedy przyszedł na świat, był Bogusiem. Bogusławem Eugeniuszem Polańskim. Miał trzy lata, kiedy wyjechał z rodzicami do Niemiec. W 1994 r. rozpoczął treningi w Borussii Mönchengladbach, potem występował w młodzieżowej reprezentacji Niemiec. W Niemczech nie było jak przetłumaczyć Bogusława, więc został Eugenem.

Rodzina nie pochodziła z Zagłębia. Ojciec Eugeniusz urodził się w Katowicach, matka Maria w Tychach. Dom był śląski.

Ojciec Eugena grał w piłkę w III lidze. W 1989 r., gdy PRL sypał się w najlepsze, miał nawet propozycję z II ligi. Przyszła za późno. Już wtedy zdecydował, że wszyscy wyjadą do Niemiec – tam mieszkali dziadek z babcią. Tylko z ich bloku wyjechało kilka rodzin. W Niemczech zamieszkali w miasteczku pod Mönchengladbach.

Polanski dziś opowiada: – Ojciec i matka zawsze pamiętali o tym, że pochodzą z Polski. Mieliśmy polską Wigilię, obchodziliśmy polskie święta. Uczyli mnie języka, chociaż to bardziej śląski niż polski.

Polakiem za chwilę

Kiedy Eugen Polanski przyjechał po polskie papiery, przywitał go sam Kazimierz Górski. Prezydent Sosnowca. Potem witał go szef urzędu stanu cywilnego. I fotoreporterzy. Eugen dostał pamiątki z rodzinnego miasta. Siedział w niebieskim dresie i się uśmiechał.

Nie potrzebował prezydenckiej ścieżki – Maria Polanski przechowała dokumenty syna: PESEL, świadectwo urodzenia.

Pierwszą ofertę gry dla Polski Eugen dostał w 2010 r. Wtedy odmówił. W 2011 roku zmienił zdanie. Dziennikarze zaczęli go przyciskać.

– Na ile czuje się pan Niemcem?

– Chyba bardziej niż Polakiem.

– Zna pan polski hymn?

– Znam kilka słów i umiałbym zanucić melodię. Ale hymn to tylko minuta przed meczem. Ważniejsza jest gra i to, co pokazuje się na boisku.

Po takich tekstach Eugen nie mógł liczyć na sympatię kibiców. Dziś na sportowych forach obrywa mu się za wszystko. Nawet za wygląd. Dla "etnicznych" jest folksdojczem. – Nie obchodzi mnie to. Ci ludzie mają jakiś problem, ale to ich problem, nie mój – odpowiada Polanski.

Andrzej Potocki, mieszkaniec Gliwic, polityk i historyk śląskiego futbolu: – Czy on czegoś od Polski chce? Co on komu przeszkadza? Jestem Polakiem i to jest dla mnie zajebiste, że on też chce być Polakiem. Chce grać w piłkę. Starał się o obywatelstwo. O co te protesty?

I dres dam ci swój

Sośnica, zanim została dzielnicą Gliwic, była śląskim miasteczkiem. A miasteczko to kościół, knajpa i boisko.

Z samych nazw 22 gliwickich klubów można odtworzyć skomplikowane dzieje Śląska: SC Teutonia Gleiwitz, TS Naprzód Stare Gliwice, SC Germania Öhringen, Unia Foch Gliwice, KS Sośnica.

W latach 80. na stadionie Sośnicy Piotr Pniowski grał jako napastnik. Był ostry, zawzięty, miał ciąg na bramkę. Grał lewą nogą. I miał chęci do treningu. W latach 80. Sośnica Gliwice to był silny klub.

Pniowskiego trenował Andrzej Kobiałka. Trener dobrze pamięta, jak na Śląsku za komuny wyglądał sport: – Oficjalnie wszyscy byli zatrudnieni na kopalni, dostawali mieszkania z kopalni, kopalni nie widzieli, ale zarobki mieli kopalniane. Czyli dobre. Etat piłkarza: cztery godziny dziennie czyszczenia basenu, koszenia trawy na stadionie, malowania ławek. A potem trening. Kluby też miały się dobrze. Wystarczyło, że minister Szlachta opylił na lewo parę wagonów węgla i były pieniądze na futbol.

A potem przyszły lata 80. i wszyscy zaczęli wyjeżdżać.

Andrzej Kobiałka pamięta taką scenę: rok 1980, Stefan Floreński, były reprezentant kraju (grał w sławnym meczu z ZSRR w 1957 r. na Stadionie Śląskim), bierze Kobiałkę na bok i mówi: – Andrzej, wyjeżdżam, weź tę moją drużynę, Sośnicę. I dres ci dam swój. Nowy jest. No weź.

Uprawiaj sport

Do dziś Kobiałka nie zobaczył ani Floreńskiego, ani dresu. Zaczynała się wielka emigracja Ślązaków do Niemiec. Kobiałka został trenerem Sośnicy. Pniowskiego wypatrzył w drugim składzie drużyny, przepchnął do pierwszego. W 1988 r. rodzina Pniowskich wyjechała do Niemiec.

Andrzej Kobiałka: – W latach 80. tych wyjazdów było multum. Pod byle pretekstem. Ludzie uciekali od biedy. Z piłkarzy Liss, Babczyński, Pniowski, Kaczmarek, Podolski. Sam załatwiłem sobie papiery na Szwecję, ale w końcu stchórzyłem.

W Niemczech Pniowscy dostali obywatelstwo w dwa tygodnie, zmienili nazwisko na Boenisch – Eleonora, prababcia Sebastiana, była Ślązaczką pochodzenia niemieckiego. Po wojnie została sama z szóstką dzieci. Urzędnicy spolszczyli jej nazwisko. W domu mówiło się po śląsku. Po niemiecku rozmawiali starsi.

Andrzej Potocki: – Spory narodowościowe w sporcie? Kiedy zakładasz krótkie majtki i wychodzisz na boisko, to wszystko przestaje mieć znaczenie. W pierwszym składzie Piasta Gliwice po II wojnie obok Polaków grali faceci, którzy rok wcześniej byli szefami Hitlerjugend.

Piotr Pniowski, czyli Peter Boenisch, mówi tak: byłem Ślązakiem i Polakiem. Byłem z tego dumny. Teraz jestem Niemcem i Europejczykiem. I z tego jestem dumny.

Dziś jego syn Sebastian nie ma problemu z grą dla Polski. Jest Niemcem, ale i Europejczykiem.

Andrzej Potocki: – Pierwszą piłką tych chłopaków była niemiecka piłka. Pierwsza dziewczyna, którą bzykali, była Niemką. Dlaczego nie mieliby się czuć Niemcami? Z jednej strony wszyscy trąbią o poczuciu przynależności narodowej, ale wszystko, co dobre w życiu, dały im Niemcy.

Nie wszystko. Co roku rodzina Boenischów w komplecie zjeżdża do Szczyrku, gdzie w pensjonacie Zagroń spędza święta Bożego Narodzenia.

Po starej Sośnicy z lat 80., w której grał tata Boenisch, pozostał zaniedbany stadion. I mural z lat 70. na kamienicy nieopodal kopalni: na odrapanym tynku kilka figurek, piłka i napis: "Uprawiaj sport".
  • awatar Gość: świetny wpis : ) *wbiajaj . ! koniecznie zostaw cos po sobie :)*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Na ten mecz "ostrzyli sobie zęby" polscy kibice i ... siatkarze obu zespołów. Wcześniejsze swoje spotkania w katowickim "Spodku" Polska i Brazylia wygrały. Goście chcieli się zrewanżować biało-czerwonym za porażkę w pierwszych zawodach Ligi Światowej rozgrywanych w Toronto. Nic z tego. Nasi siatkarze znów pokonali mistrzów świata.

Dla kibiców polsko-brazylijskie pojedynki siatkarskie są zawsze wyjątkową gratką. Stąd pełna widownia hali i... wszystkie okoliczne parkingi. Bilety na niedzielę zostały sprzedane dwa miesiące wcześniej.

Od początku spotkania trwała bardzo wyrównana "wymiana ciosów". Polacy w pierwszym secie prowadzili 20:17 po skutecznym bloku, ale jak się okazało do wygranej było daleko. Rywale wyrównali, potem było 23:21 i znów remis. Zakończył tę walkę punktową zagrywką Rafał Jarosz.

Gospodarze prowadzili też długo w drugim secie. Zmusili rywali do odrabiania strat. Na boisku zrobiło się na tyle nerwowo, że sędzia poprosił kapitanów na krótką "pogawędkę". Pomogło. Polacy prowadzili jeszcze 21:20. Końcówka należała jednak do skuteczniejszych rywali.

Trzeci set zaczął się od błędów i nieporozumień z obu stron. Pierwsi otrząsnęli się z tego Brazylijczycy i objęli prowadzenie. Polacy "gonili" wynik do końca. Udało się po dwóch skutecznych blokach biało-czerwonych, kiedy było 23:22. Znów set skończył się polskim asem - tym razem w wykonaniu Michała Winiarskiego.

Przy zmianie stron "zaiskrzyło" między trenerem gości Bernardo Rezende a sędzią. Wzburzony szkoleniowiec - najwyraźniej odmiennie interpretujący jedną z ostatnich akcji - po chwili dał się udobruchać.

Polacy niesieni ogłuszającym dopingiem 11-tysięcznej widowni prowadzili w czwartej partii przy pierwszej przerwie technicznej 8:5, przy drugiej - 16:15. Ale przegrali końcówkę po dwóch brazylijskich blokach.

Kiedy w tie-breaku gospodarze prowadzili 9:6, trener gości wziął "czas". Przerwa lepiej wpłynęła jednak na rywali, bo po chwili było 13:8. Polacy już tej zaliczki nie roztrwonili i - tak jak w Toronto - wygrali z Brazylijczykami 3:2.

Gospodarzem kolejnego turnieju w następny weekend będzie Brazylia.

Polska - Brazylia 3:2 (26:24, 23:25, 25:23, 23:25, 15:10)

Polska: Łukasz Żygadło, Piotr Nowakowski, Michał Winiarski, Bartosz Kurek, Zbigniew Bartman, Marcin Możdżonek, Krzysztof Ignaczak (libero) - Michał Ruciak, Rafał Jarosz, Michał Kubiak, Grzegorz Kosok.

Brazylia: Ricardo, Wallace, Sidao, Murilo Endres, Lucas, Dante Amaral, Sergio (libero) - Bruno Rezende, Theo, Thiago, Rodrigo.

Sędziowali: Simone Santi (Włochy), Martin Hudik (Czechy)
http://sport.dziennik.pl/siatkowka/artykuly/392966,spodek-odlecial-polscy-siatkarze-pokonali-mistrzow-swiata.html
 

 


Reprezentacja Polski wygrała ze Słowacją 1 (1) w towarzyskim meczu piłkarskim rozegranym w austriackim Klagenfurcie. Swoją pierwszą bramkę w biało-czerwonych barwach zdobył Damien Pequis. Jeśli wierzyć, że w czasie Euro 2012 Polacy będą w jeszcze lepszej formie, są powody do optymizmu.

Mecz ze Słowacją miał być generalnym sprawdzianem dla Polaków przed inauguracyjnym meczem Euro 2012 z Grecją. Franciszek Smuda zdecydował się na grę najmocniejszym składem i wielce prawdopodobne jest, że dokładnie taka jedenastka rozpocznie mecz z Grekami za dwa tygodnie.

Gra w pierwszej połowie była bowiem niemal bez zarzutu. W drugiej części gry, kiedy na murawie pojawili się zmiennicy oraz wyszło zmęczenie po ciężkim obozie przygotowawczym, powodów do zachwytu nie było natomiast już wcale.
Biało-Czerwoni długimi fragmentami byli zdecydowanie lepsi od swoich rywali. Jeśli w pierwszej połowie Słowacy atakowali, ich akcje były rozbijane jeszcze przed polem karnym. Na dobrą sprawę, tylko raz zagrozili bramce Wojciecha Szczęsnego. Bramkarz Arsenalu popisał się jednak w 43. minucie genialną interwencją po uderzeniu Marka Hamsika z kilku metrów. Przez nieporadność polskiej defensywy (indywidualne błędy Damiena Perquisa i Sebastiana Boenischa), Marek Bakos miał okazję, by wpisać się na listę strzelców, ale bezbłędny był Szczęsny.

Znacznie więcej działo się po drugiej stronie boiska. Kapitalnie na prawej stronie spisywał się zwłaszcza Łukasz Piszczek, który grał dokładnie to, z czego słynie w Bundeslidze. To po jego akcjach mogły paść dwie bramki. Padła jedna - w 30. minucie zdecydował się na dośrodkowanie, a nabiegający na piłkę Damien Perquis głową skierował ją do siatki. Obrońca reprezentacji najpierw zaprezentował gest "odkurzenia" swojego złamanego łokcia, a następnie wyściskał lekarzy polskiej kadry.

Chwilę wcześniej równie dobrym podaniem obsłużył Jakuba Błaszczykowskiego, ale ten skiksował. Przed szansą w końcówce pierwszej części gry stanął też Maciej Rybus, który trafił w słupek po bardzo dobrym zagraniu Rafała Murawskiego.

W drugiej połowie zmiany oraz zmęczenie sprawiły, że jakość gry Polaków nieco się obniżyła. Biało-Czerwoni zostawili nieco więcej miejsca Słowakom, przez co nadarzały się okazje do kontrataków. Niestety, podopieczni Franciszka Smudy notowali stanowczo za dużo strat.

Szansę na gola w drugiej części gry miał właściwie tylko Dariusz Dudka, który świetnie się znalazł w polu karnym po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Ludovika Obraniaka. Strzał z trzech metrów wydawał się formalnością, ale rezerwowy w tym meczu pomocnik nie trafił w światło bramki...

Spotkanie w Klagenfurcie miało zatem dwa oblicza - to lepsze w pierwszej połowie i to gorsze po zmianie stron. Jeśli wierzyć w zapowiedzi sztabu szkoleniowego Polaków, od teraz powinno już być tylko lepiej. Zawodnicy rozpoczną treningi z piłkami, a ćwiczenia siłowe nie będą obecne na zajęciach.
http://euro2012.onet.pl/wiadomosci/slowacja-polska-gol-perquisa-skromne-zwyciestwo,1,5142967,artykul.html


Ranking FIFA

1. Hiszpania 1442 1.
2. Niemcy 1345 2.
3. Urugwaj 1309 3.
4. Holandia 1207 4.
5. Portugalia 1190 5.
6. Brazylia 1165 6.
7. Anglia 1132 7.
8. Chorwacja 1114 8.
9. Argentyna 1076 10.
10. Dania 1069 9.
11. Rosja 1049 11.
12. Włochy 1041 12.
13. Chile 968 13.
14. Grecja 961 14.
15. Wybrzeże Kości Słoniowej 951 15.
16. Francja 938 16.
17. Szwecja 931 17.
18. Irlandia 891 19.
18. Szwajcaria 891 18.
20. Meksyk 867 20.
21. Australia 862 21.
22. Ghana 816 22.
23. Kolumbia 812 23.
24. Norwegia 805 24.
25. Paragwaj 801 25.
26. Czechy 798 26.
27. Bośnia i Hercegowina 792 27.
28. Słowenia 781 28.
29. USA 779 29.
30. Japonia 753 30.

50. Ukraina 589 49.
65. Polska 514 65.



Za nami jeden z ostatnich sprawdzianów polskich piłkarzy przed zbliżającymi się Mistrzostwami Europy. Czy rozwiał nasze wątpliwości? Jeśli, to tylko po części. Pierwsza połowa była w naszym wykonaniu jeszcze jako taka. Nasi prowadzili grę, szukali okazji do zdobycia bramki, a jedną z nich wykorzystał Damien Perquis. Ale w drugiej połowie z boiska wiało już głównie nudą, a zmiennicy nie zachwycili. Dobrze, że utrzymali wynik i ostatecznie wygraliśmy ze Słowacją 1.
Franciszek Smuda postanowił poważnie potraktować dzisiejszego rywala i postawił na tych, którym najbardziej ufa. Na pierwszą połowę wybiegli m.in. Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, Maciej Rybus i Rafał Murawski. Czy to był ten optymalny skład, który wyjdzie na Stadion Narodowy przeciwko Grekom? Wszystko na to wskazuje.

Zmęczeni ostatnimi ciężkimi treningami serwowanymi przez trenerów Polacy nie zagrali wybitnego spotkania. Ot, taki typowy mecz sparingowy. Bez głośnego dopingu, bez nadmiernego ryzyka. Nasi zawodnicy rozpoczęli to spotkanie dość ślamazarnie. Dopiero z czasem przypomnieli sobie chyba: „Chwila, przecież mamy do wyrównania rachunki ze Słowakami. Jazda z nimi”.

Ostatnie dwa pojedynki z naszymi południowymi sąsiadami kończyliśmy porażkami. W głównej mierze przez nie, nie awansowaliśmy do mundialu w RPA. W 2008 roku biało-czerwoni ulegli w Bratysławie gospodarzom 1:2, a u siebie rok później w „meczu na śniegu” jedyną bramkę spotkania strzelił Michał Żewłakow. Niestety samobójczą.

O Rafale Wolskim

Naszych motywowała jednak nie tylko historia, a w głównej mierze przyszłość. I to ta najbliższa. Już jutro selekcjoner Smuda ogłosi ostateczny skład kadry na Euro. Kto wypadnie z niej? Raczej nie ci, którzy zagrali w pierwszej połowie. Kandydatów należy szukać wśród uczestników drugiej odsłony. Gdy polscy zawodnicy zapomnieli na chwilę o doskwierającym im zmęczeniu, od razu zrobiło się groźnie pod bramką słowackiej ekipy.

Kilka akcji na wysokim poziomie zademonstrowała dwójka Błaszczykowski - Piszczek. Ten drugi w 29. minucie dośrodkował, a Damien Perquis wyskoczył najwyżej i pokonał golkipera Słowacji. To pierwsze trafienie obrońcy Sochaux w barwach polskiej reprezentacji. Dla niego szczególnie ważne, gdyż wciąż dochodzi do siebie po długiej kontuzji, a na boisku nie występował praktycznie od marca.
Gol Perquisa był jakby na potwierdzenie przewagi, którą nasi gracze osiągnęli w pierwszej połowie. Rywale praktycznie nie zagrażali bramce Wojciecha Szczęsnego, rzadko wychodzili z własnej połowy.

Wśród podopiecznych Smudy tak w pierwszej, jak i w drugiej części gry wyróżniał się Maciej Rybus. Były legionista był bardzo aktywny i co najważniejsze – swoimi akcjami siał spore zamieszanie szeregach przeciwników. Jego strzał w 9.minucie poszybował jeszcze nieco ponad poprzeczką, ale już kilkanaście minut później tylko dobra interwencja Pernisa uchroniła Słowaków przed utratą bramki. Z kolei pod koniec pierwszej połowie po zagraniu Murawskiego, Rybus trafił w słupek.

Skrzydłowy Tereka Grozny starał się, kiwał, ścigał się z obrońcami. Wyjazd do Rosji na pewno mu nie zaszkodził. Jak w pierwszych czterdziestu pięciu minutach polscy piłkarze grali falami, raz lepiej, raz gorzej, tak w drugiej odsłonie niestety już w jednostajny sposób. Wprowadzeni zmiennicy pokazali, jak wiele brakuje im jeszcze do najlepszych reprezentantów.

Niemrawy, wolny, bez pomysłu – takimi cechami środkowy pomocnik nie powinien się charakteryzować. Adam Matuszczyk niestety zagrał przeciętnie. Swoją szansę dostał także m.in. Paweł Brożek. Były Wiślak miał 45 minut na przekonanie trenera, że zasługuję na Euro. Nie miał jednak zbyt wielu okazji, by się pokazać, skoro jego koledzy głównie bronili się przed mało-zmasowanymi atakami Słowaków. Od około 60. minuty spotkanie zdecydowanie oddaliśmy inicjatywę rywalom, którzy nie kwapili się jednak, by nas za to ukarać. A może chcieli, ale nie mieli za bardzo pomysłu jak się za to zabrać.

Tekst o "Tygodniku Kibica"

Nasza reprezentacja pokazała dziś dwa oblicza. Pierwsze, nierówne, ale przynajmniej dające nadzieje. I drugie, o którym lepiej chyba zapomnieć. Raz jeszcze potwierdziło się, iż bez kilku kluczowych zawodników nie jesteśmy w stanie się bronić, skutecznie rozgrywać i atakować. Dlatego trener Smuda musi oszczędzać tych najważniejszych, bo bez nich ani rusz. Hiszpanie jakoś poradzą sobie bez Davida Villi czy Carlesa Puqola. My bez dwóch ważnych ogniw możemy mieć duże problemy.

Tuż przed rozpoczęciem tego spotkania TVP podała, iż Łukasz Fabiański opuścił zgrupowanie w Lienzu i nie zagra na Euro 2012. Kontuzja przywodziciela okazała się poważniejsza niż przewidywano. Miejsce Fabiańskiego w składzie zajmie bramkarz Genku Grzegorz Sandomierski, który musi wrócić z urlopu na Teneryfie.
http://natemat.pl/16157,kilka-przeblyskow-wystarczylo-na-slowakow-ale-na-euro-to-wciaz-za-malo


Łukasz Piszczek był najlepszym piłkarzem w meczu towarzyskim ze Słowacją (1). Polski obrońca dobrze spisywał się w defensywie, a przy okazji jednego z wypadów pod bramkę rywala, zaliczył asystę.

Wojciech Szczęsny - 7. Piękna interwencja po strzale Hamsika. W późniejszych fragmentach spotkania równie pewny. Absolutny numer 1 w polskiej bramce.

Łukasz Piszczek - 8. Świetna akcja na początku, po której Błaszczykowski powinien strzelić gola, asysta przy golu Perquisa. Po strzale Dusana Sventy, czujnie wybił piłkę sprzed bramki.

Marcin Wasilewski - 7. Błąd przy kryciu Hamsika w pierwszej połowie, ale bezbłędny w drugiej części gry. Mecz na plus.

Damien Perquis - 6. Gol i pewna gra w defensywie w pierwszej połowie. Drugą część gry zaczął od straty, po której Słowacy mogli zdobyć bramkę. Później też nie był zaporą nie do przejścia.

Sebastian Boenisch - 6. Nie był dostrzegany przez partnerów, na początku meczu dwa dośrodkowania z jego strony boiska. Długo nie popełniał rażących błędów, choć po jednym z jego podań do rywala, Smuda złapał się za głowę. Jedna wywrotka w drugiej części gry mogła kosztować nas stratę bramki. Nie do pokonania w pojedynku o górną piłkę.

Jakub Błaszczykowski - 5. Miał jedną sytuację, ale nie trafił czysto w piłkę. Po prawej stronie boiska więcej niebezpieczeństwa stwarzał Piszczek.

Eugen Polanski - 5. Rafał Murawski udowodnił, że grając na tej pozycji, można być bardziej kreatywnym. Polanski nie popełnił błędów, ale też nie rzucił na kolana.

Rafał Murawski - 7. Kapitalne podanie do Piszczka, po którym ten głową zgrywał na przedpole. Jeszcze lepsza akcja, po której Rybus trafił w słupek. Widoczny w ofensywie

Ludovic Obraniak - 4. Stanowczo za dużo strat. Na plus jedynie dobrze wykonywane rzuty rożne.

Maciej Rybus - 7. Trzy okazje bramkowe w pierwszej połowie. Najpierw w 9. minucie pomylił się o centymetry, później jego uderzenie obronił bramkarz, aż wreszcie trafił w słupek. Bardzo aktywny w ofensywie

Robert Lewandowski - 4. Kompletnie niewidoczny i odcięty od podań.

Rezerwowi:

Dariusz Dudka - 6. Pewny na swojej pozycji. Szkoda, że nie wykorzystał dośrodkowania z rzutu rożnego, po którym powinien zdobyć gola.

Adam Matuszczyk - 4. Bez rewelacji, niecelne podania mieszał z celnymi, do najbliższego partnera.

Paweł Brożek - 4. Podobnie, jak Lewandowski, zupełnie niewidoczny. Po jednej z reakcji Smudy na jego grę, można wnioskować, że Brożek wcale nie jest pewniakiem na Euro.

Adrian Mierzejewski. Grał za krótko, by go ocenić.

Marcin Kamiński. Grał za krótko, by go ocenić.

Rafał Wolski. Grał za krótko, by go ocenić.

Z Klagenfurtu - Przemysław Langier, Onet Sport
http://euro2012.onet.pl/wiadomosci/slowacja-polska-piszczek-najlepszym-z-bialo-czerwo,1,5142973,artykul.html

Słowacja - Polska 0:1 (0:1)
Bramka - Damien Perquis (30).
Żółta kartka - Adrian Mierzejewski.
Sędziował: Rene Eisner (Austria).
Widzów: 2100.

Słowacja: Dusan Pernis - Peter Pekarik, Lubomir Michalin, Tomas Hubocan, Sudan Svento, Juraj Kucka (82. Roman Prochazka), Marek Cech, Stanislav Sestak (58. Karim Guede), Marek Hamsik, Erik Jendrisek (65. Michal Breznanik), Filip Holosko (46. Marek Bakos).

Polska: Wojciech Szczęsny - Łukasz Piszczek, Marcin Wasilewski, Damien Perquis (69. Marcin Kamiński), Sebastian Boenisch - Eugen Polanski (46. Adam Matuszczyk), Rafał Murawski (46. Dariusz Dudka) - Jakub Błaszczykowski (63. Adrian Mierzejewski), Ludovic Obraniak (80. Rafał Wolski), Maciej Rybus - Robert Lewandowski (46. Paweł Brożek).
 

 
"Bo do tanga trzeba dwojga" - także w świecie sportu. Choć wydawało by się, że zawodnikom i działaczom zawsze powinno być po drodze, niejednokrotnie rzeczywistość bywa brutalna. Brutalna dla sportowców, którzy muszą zrezygnować z biało-czerwonych barw i reprezentować inny kraj. W innym wypadku nie mieliby szans na zrealizowanie swoich zawodowych marzeń. Na taki "akt desperacji" zdecydował się ostatnio kajakarz Andrzej Jezierski.

32-letniemu zawodnikowi mogą ostatnio towarzyszyć mieszane uczucia. Z jeden strony, wywalczył on upragnioną przepustkę na igrzyskach w Londynie. Jednak by spełnić swoje marzenie dotyczące startu olimpijskiego, będzie musiał wystąpić w barwach Irlandii. - Liczyłem na start w polskiej reprezentacji, ale najwyraźniej nie wszystkim pasowała moja obecność i przeszkadzało to, że mieszkam na stałe zagranicą - tłumaczył Jezierski swoją decyzję.

Kajakarz siedem lat temu niespodziewanie postanowił zakończyć karierę. Choć jako młody chłopak dwukrotnie wywalczył tytuł mistrza świata w kajakarstwie, jego sukcesy nie przełożyły się na wsparcie ze strony związkowych działaczy. Coraz niższe stypendium zmusiło go do porzucenia nie tylko ukochanej dyscypliny, ale i kraju. Śladem innych Polaków, wyjechał na "zieloną wyspę" w celach zarobkowych.

- Nie znałem za bardzo języka angielskiego, więc zajmowałem się różnymi rzeczami. Pracowałem w sklepie, jeździłem samochodem ciężarowym. Przestałem uprawiać kajakarstwo - wspomina Jezierski w wywiadzie dla Sportowefakty.pl

Zobacz blog kajakarki Marty Walczykiewicz

Od tego czasu wiódł spokojne życie w Irlandii, nabył również tamtejsze obywatelstwo (odtąd miał podwójne). Dlaczego postanowił niedawno wrócić do sportowej rywalizacji? Wpływ na to miała po części decyzja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który niespodziewanie postanowił włączyć do programu w Londynie wyścig kajakarski na 200 metrów. Traf chciał, że to ulubiony dystans Jezierskiego. Uradowany, wrócił do treningów. Przygotował się samodzielnie do wznowienia kariery i marzył o zawodach olimpijskich. Jako reprezentant Polski.
Jezierski - lekceważony

Na ubiegłorocznych mistrzostwach naszego kraju zajął drugie miejsce w "jedynkach" na dystansie 200 m. Gratulowano mu świetnego osiągnięcia, wszak przegrał jedynie z utytułowanym Pawłem Baraszkiewiczem. Jednak tego dobrego występu nikt z działaczy nie chciał zauważyć. Nie powołano go do kadry. Lekceważony zawodnik był bezsilny, odczuwał powszechną niechęć działaczy do jego osoby.

Wówczas pomocną dłoń w jego kierunku wyciągnęli przedstawiciele irlandzkiej federacji kajakowej. Zawodnik przyjął ich propozycję, nie miał za bardzo innego wyjścia. Czas naglił, zbliżały się europejskie zawody kwalifikacyjne w Poznaniu. W ramach tej imprezy zajął drugie miejsce i zapewnił się awans na igrzyska.

- Nie znam dokładnie tych wszystkich zawiłości, jakie zapanowały w relacjach Andrzeja i działaczy. Słyszałem jednak, że główny problemy polegał na tym, iż mieszka on za granicą. Trudno zrozumieć, dlaczego związek nie chciał z nim współpracować - przekonuje Piotr Siemionowski, kajakarz.

- Nie dziwie się jego decyzji. Mieszka przecież w Irlandii od kilku lat, chciał pojechać na igrzyska. Skoro nie było mu dane w barwach Polski, to musiał wybrać inne rozwiązanie. Na pewno to duża strata dla naszej dyscypliny - zauważa nasz mistrz świata.

W Londynie jednym z najgroźniejszych rywali Jezierskiego na 200 m będzie Baraszkiewicz. Jednak jeśli ten pierwszy stanie na najwyższym stopniu podium, to nie usłyszy już "Mazurka Dąbrowskiego. Z głośników zabrzmi wówczas irlandzka "Pieśń żołnierza".

Ligocka - zniechęcana

Podobny los co kajakarza spotkał niedawno także snowboardzistkę Paulinę Ligocką. Dwukrotna brązowa medalistka mistrzostw świata w half-pipe'ie postanowiła, że będzie reprezentować kadrę Niemiec. Jak sama podkreślała, był to swoisty "akt desperacji" z jej strony. Rozżalona zawodniczka swoją decyzję tłumaczyła faktem, iż nie potrafiła się dogadać z działaczami związkowymi. W pewnym momencie nie była nawet zgłaszana przez nich do Pucharu Świata.
- Nie ma wątpliwości, iż Paulina Ligocka niejako została zmuszona, by podjąć taką decyzję. Działacze naszego związku snowboardowego robią bowiem wiele, by skutecznie zniechęcić zawodników do startów. Myślę więc, że na wieść o tym, że Paulina wybrała Niemcy, wręcz się ucieszyli - twierdzi snowboardzistka i posłanka Jagna Marczułajtis.

Justyna Kowalczyk pisze o biografii Lance Armstronga

Pomijana Ligocka zgłosiła się w końcu do niemieckiej federacji. W ten sposób będzie mogła w spokoju przygotowywać się do igrzysk w Soczi, które odbędą się za dwa lata. Choć jak sama podkreślała, zmiana barw narodowych, to "najtrudniejsza decyzja w moim życiu". Warto, przypomnieć, iż na igrzyskach w Turynie w 2006 roku Ligocka była chorążym polskiej ekipy podczas ceremonii otwarcia. Pochodzi z Gliwic i podobnie, jak wiele innych osób na Śląsku, ma podwójne obywatelstwo.

- Rozumiem ten krok Pauliny. Wybrała spokój i kraj, w którym ma realną szansę dobrego przygotowania się do igrzysk. Współpracując z polską federacją, byłoby to trudne do zrealizowania. Ja postanowiłam zrezygnować ze sportowej rywalizacji kilka lat temu. Ale gdybym jednak jeździła dalej i nie miała rodziny, to kto wie, może również zrezygnowałabym ze snowboardowej reprezentacji Polski - podkreśla Marczułajtis.

Podolski - bez propozycji

Wielu kibiców piłkarskich narzeka, że Franciszek Smuda powołuje do naszej kadry narodowej zawodników o podwójnym obywatelstwie. Niemców, Francuzów, którzy nie mieliby szansy na zaistnienie w swoim kraju - dla tego wybrali naszą drużynę. Często nie mówią oni dobrze po polsku, nie znają dobrze naszej tradycji. W przypadku Łukasza Podolskiego jest odwrotnie.
Podobnie jak Ligocka, ma on niemiecki paszport. Urodził się w Gliwicach, a do kraju naszych zachodnich sąsiadów wyjechał w 1987 roku. Mimo to dobrze mówi po polsku, utożsamia się z naszą kulturą i obyczajami. Kibicuje Górnikowi Zabrze, w którym zamierza podobno zakończyć karierę. Jednak nie reprezentuje polskiej, a niemiecką kadrę narodową.

Gdzie może zagrać Robert Lewandowski

Strata tym większa, iż jeszcze kilka lat temu podobno chciał występować w naszej drużynie. Jednak jak twierdzi sam zainteresowany, nikt nie złożył mu propozycji dołączenia do ekipy biało-czerwonych. Gdyby piłkarscy działacze wykazali się większą determinacją, to na Euro moglibyśmy mieć niezwykłe groźny duet napastników. Robert Lewandowski i Łukasz Podolski razem w ataku mogliby siać postrach w szeregach obronnych większości rywali.
http://natemat.pl/15019,najlepsi-sportowcy-rezygnuja-ze-startu-w-polskich-barwach-to-akt-desperacji
 

 
Piłkarze Manchesteru City po raz trzeci w historii i pierwszy od 1968 roku wywalczyli mistrzostwo Anglii. W ostatniej kolejce Premier League pokonali po dramatycznym meczu u siebie 3:2 Queens Park Rangers, zdobywając dwa gole w doliczonym czasie gry.

Wobec takiego wyniku na nic zdało się Manchesterowi United wyjazdowe zwycięstwo nad Sunderlandem 1, które zapewnił im gol Wayne'a Rooneya w 20. minucie. "Czerwone diabły" na historyczny 20. tytuł mistrzowski będą musiały jeszcze poczekać. Zajęły drugie miejsce, ustępując lokalnemu rywalowi gorszym bilansem bramek (+56 wobec +64).

Przed 38. kolejką oba zespoły z Manchesteru miały po 86 punktów. Do 92. minuty mistrzami Anglii mogli czuć się gracze United, gdyż City przegrywali 1:2 po golach Francuza Djibrila Cisse oraz reprezentanta Szkocji Jamie Mackie'go (dla nich trafił Argentyńczyk Pablo Zabaleta). Bramki Bośniaka Edina Dżeko i po chwili Argentyńczyka Sergio Aguero odmieniły jednak losy walki o tytuł.

Czytaj też: Najlepszym piłkarzem Premier League jest..
W meczu z QPR podopieczni Roberto Manciniego od 55. minuty grali z przewagą zawodnika (czerwona kartka Joey'a Bartona za kopnięcie rywala). Dodatkowym smaczkiem rywalizacji był fakt, że obecny trener londyńczyków Mark Hughes w przeszłości pracował w Manchesterze City, ale w 2009 roku został zwolniony.

"Jeszcze pięć minut przed końcem nie liczyłem że będziemy w stanie wygrać, ale bardzo mocno tego pragnęliśmy i udało się. To było niesamowite. Zasłużyliśmy na tytuł. Wygraliśmy mistrzostwo po 44 latach. Dedykuję je naszym fanom" - powiedział po meczu trener gospodarzy Roberto Mancini.

"The Citizens" są jedynym zespołem w Premier League w tym sezonie, który nie przegrał żadnego meczu na własnym boisku. Wygrali 18, tylko raz remisując - 3:3 z Sunderlandem w marcu.

Poprzednio City sięgnęli po tytuł w 1968 roku. Wtedy także okazali się lepsi od United, zdobywając w całym sezonie o dwa punkty więcej.

Trzecie miejsce, oznaczające również grę w Lidze Mistrzów, zajął Arsenal. W niedzielę "Kanonierzy" wygrali na wyjeździe 3:2 z West Bromwich Albion. Całe spotkanie w barwach gości rozegrał Wojciech Szczęsny.

Polak skapitulował po strzałach Irlanczyka Shane'a Longa i Szkota Grahama Dorransa. Oba gole padły w ciągu czterech minut (pomiędzy 12. a 15. minutą). Dla "Kanonierów" trafiali Izraelczyk Yossi Benayoun, Brazylijczyk Andre Santos i Francuz Laurent Koscielny.

>>>Ucz się języka angielskiego z "Newsweekiem"

Czwarte miejsce przypadło Tottenhamowi Hotspur, który po golach reprezentantów Togo Emmanuela Adebayora i Anglii Jermaina Defoe pokonał w derbach Londynu Fulham 2. "Koguty" nie mogą być jeszcze pewne występu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, wszystko będzie zależało od rezultatu Chelsea Londyn w finale tych rozgrywek z Bayernem Monachium 19 maja. Jeśli "The Blues", którzy w niedzielę wygrali z Blackburn Rovers 2:1 i uplasowali się dopiero na szóstej pozycji w Premier League (najniższe miejsce w lidze od 2002 roku) pokonają niemiecka ekipę, to oni zagrają w LM w przyszłym sezonie.

Trzecią drużyną, która obok Wolverhampton Wanderers i Blackburn Rovers żegna się z Premier League jest Bolton Wanderers. W niedzielę zespół ten zremisował ze Stoke City 2:2. Gdyby wygrał, do Championship spadłoby QPR, które przegrało z Manchesterem City 2:3.
http://sport.newsweek.pl/manchester-city-mistrzem-anglii-po-nieprawdopodobnej-ostatniej-kolejce,91849,1,1.html
 

 

To był piąty mecz Borussii z Bayernem od początku poprzedniego sezonu. I piąta kolejna wygrana piłkarzy z Dortmundu, którzy nie tak dawno dołożyli do tego drugie kolejne mistrzostwo kraju. Ta wygrana musi jednak smakować najlepiej. Nie dość, że w finale pucharu, meczu o konkretne i cenne trofeum, to jeszcze jego rozmiary. 5:2. Prawdziwa deklasacja zespołu, który jeszcze do niedawna trząsł niemieckim futbolem.
Na boisku w Berlinie Bayern zaczął dobrze, zdominował grę i wydawało się, że to on będzie dyktował warunki. A tu kontra, błąd i gol dla rywala. Potem piłkarze z Bawarii, nazywani z racji wielkich nazwisk w składzie „FC Hollywood”, byli już bezradni. Niby mieli piłkę i rozgrywali ją, ale po każdej kolejnej stracie to pod ich bramką błyskawicznie pachniało golem.

Byli jak zdolny, ale nieperfekcyjny jeszcze uczeń. A Borussia jak wymagający, do tego bezbłędny profesor. Jedni się męczyli, drudzy grali nie dość że skutecznie, to jeszcze na dodatek pięknie, na luzie.
Dobry, lepszy, Borussia - zapowiedź finałowego meczu

Przed meczem niemiecka prasa cytowała wypowiedź legendy swojego futbolu, Lothara Mathausa, który stwierdził, że oto zmierzą się najlepsze indywidualności Niemiec (Bayern) z najlepszą drużyną (Borussia). Cóż, po raz kolejny okazało się, że w futbolu nazwiska nie grają. Możesz mieć u siebie najlepszych dryblerów świata, genialnego bramkarza i prawego obrońcę, ale ważniejsze jest, by zrobić z nich całość. Choć słowa Mathausa są nieco krzywdzące, bo Borussia ma i zespół i gwiazdy.

RAFAŁ STEC
dziennikarz "Gazety Wyborczej"
10 lat bez kilku miesięcy minęło od poprzedniego hat-tricka wbitego Bayernowi. Przed Lewandowskim był Holender Roy Makaay z Deportivo La Coruna (w Lidze Mistrzów).

W sobotę w Berlinie najjaśniej świeciły te polskie, a mówienie o Polonii Dortmund jest jak najbardziej na miejscu. Pierwszy gol? Kapitalna asysta Kuby. Drugi? Karny po faulu na nim. Trzeci, czwarty i piąty autorstwa Lewandowskiego. Ostatni po kapitalnym zachowaniu Łukasza Piszczka, znamionującym najwyższą klasę.

Niewykluczone, że w ćwierćfinale Euro 2012 zobaczymy mecz Polska – Niemcy. Obie drużyny niedawno grały ze sobą towarzysko w Gdańsku. Co prawda skończyło się na remisie 2:2, co prawda byliśmy o krok od historycznego zwycięstwa, jednak rezultat ten zupełnie nie oddawał tego, co działo się na boisku. Gdyby nie Szczęsny, byłaby demolka.

O tym, dlaczego zainteresowanie Realu Madryt Łukaszem Piszczkiem nie musi być fikcją

A teraz? W finale Pucharu Niemiec nastąpiła demolka Bayernu. Zespołu, który po wyeliminowaniu wielkiego Realu Madryt za tydzień zagra z Chelsea w finale Ligi Mistrzów. W składzie 8 reprezentantów Niemiec, w linii defensywnej – trójka. Do tego Manuel Neuer, uznawany dziś za najlepszego bramkarza świata (ten mecz mu się kompletnie nie udał).

Na koniec powiążmy kilka faktów. Na trybunach stadionu w Berlinie był sir Alex Ferguson, trener Manchesteru United. Wątpliwe, by był tam w celach turystycznych. Jego zespół będzie w letniej przerwie potrzebował wysokiego, skutecznego napastnika, który mógłby zagrać obok Rooneya. Tymczasem piłkarz idealnie pasujący do tej właśnie charakterystyki strzelił w sobotę trzy gole. I jeszcze jedno, nie jest tajemnicą, że kilka lat temu Manchester United wstępnie interesował się już Robertem Lewandowskim. Z akcentem na słowo "wstępnie".

Działacze z Dortmundu w ostatnich dniach uparcie zapewniają, że nikt z polskiego trio nie jest na sprzedaż. Cóż, po meczach takich jak ten na pewno trudniej będzie im zatrzymać u siebie Błaszczykowskiego, Lewandowskiego i Piszczka.
http://natemat.pl/14181,po-finale-pucharu-niemiec-trojka-reprezentantow-polski-genialna-osemka-reprezentantow-niemiec-bezradna
 

 

Jak przez cały sezon, tak i w ostatnich dniach, polskie trio z Borussii jest bez przerwy wychwalane w Niemczech. Eksperci, dziennikarze i kibice nie mają wątpliwości - nasi piłkarze są dla nowego-starego mistrza Niemiec bezcenni. To tym większy sukces, iż ekipa z Dortmundu w Bundeslidze bije kolejne rekordy.


Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek - wszyscy trzej będą mieli dziś okazję do potwierdzenia swojej wysokiej formy i niebagatelnych umiejętności. W finale Pucharu Niemiec czeka na nich Bayern Monachium. Z jednej strony rywal może być już myślami na własnym stadionie, gdzie za niecały tydzień rozegra decydujący bój o Ligę Mistrzów z Chelsea Londyn. Z drugiej zaś strony piłkarze Juppa Heynckesa tego wieczora powinni być szczególnie umotywowani. Skoro nie udało się w lidze wydrzeć tytułu Dortmundczykom, to może uda się chociaż krajowy puchar?

Dlaczego młodzi chłopcy Kloppa znów przechytrzyli graczy z Monachium?

O dodatkową mobilizację dla graczy Bayernu postarała się także w pewnym sensie niemiecka prasa. "Kicker", najważniejszy za naszą zachodnią granicą magazyn piłkarski, wybrał bowiem do 11-stki sezonu Bundesligi aż pięciu zawodników z Borussii, z tego trzech naszych zawodników. A z wicemistrza Bayernu? Tylko dwóch: Francka Ribery’ego i Bastiana Schweinsteigera. Nie ma Arjena Robbena, a jest Błaszczykowski. Nie ma Mario Gomeza, a jest Lewandowski. Nie ma Lahma, a jest Piszczek. Jak widać, polscy piłkarze potrafią przyćmić nawet największe gwiazdy europejskiej piłki.
Zobacz, jak Lewandowski włada językiem niemieckim

- Dla każdego z trójki Polaków obecny sezon należy chyba do najlepszych w karierze. Jeśli miałbym wybierać, to największy progres zrobił jednak Robert Lewandowski. Kuba jest doceniany w Bundeslidze od kilku lat. Piszczek już w zeszłym sezonie zademonstrował nadzwyczajne umiejętności. A Robert rozwinął się w ostatnim czasie najbardziej. Na tyle, że został wybrany graczem sezonu ligi niemieckiej - podkreśla Andrzej Juskowiak, były reprezentant Polski w piłce nożnej.

Lewandowski w klasyfikacji kanadyjskiej (bramki + asysty) przegrał tylko z Holendrem Huntelaarem. Polski napastnik zaliczył w samej tylko lidze niemieckiej 22 trafienia i miał 10 otwierających podań. Nic więc dziwnego, że na Wyspach media co rusz informują o zainteresowaniu Lewandowskim ze strony największych gigantów tamtejszej piłki – Manchesteru City czy Chelsea.

"Lewy" został także wybrany do jedenastki sezonu stworzonej przez Bilda. Wraz z nim w tym zestawieniu znalazł się także Łukasz Piszczek. Niespotykane statystyki jak na bocznego obrońce, 4 gole i 8 asyst, oraz autentycznie wysoka i równa forma przez cały sezon sprawiły, że Polakiem zainteresował się podobno sam Real Madryt. A jeśli nie hiszpański klub, to może Roman Abramowicz ściągnie go do Londynu? Tegoroczne lato dla polskich kibiców z pewnością zapowiada się niezwykle ciekawie. Nie tylko ze względu na Euro 2012, ale również z powodu okienka transferowego.

Piszczek w Realu? To możliwe

Tam bardziej, że swojego pracodawcę może także zmienić Jakub Błaszczykowski. Statystyki także ma przyzwoite: do 6 goli dorzucił aż 10 asyst. Ale nie tym po raz kolejny ujął kibiców z Dortmundów i ekspertów. „Kuba” to prawdziwe serce drużyny, niezmordowany gracz,. Walczy do upadłego przez 90 minut.Mecz z Bayernem może być dla niego pożegnalnym w barwach Borussii. Błaszczykowski ma ważny kontrakt w Dortmundzie do 2013 roku.
Oznacza to, że już zimą mógłby związać się z nowym klubem i odejść za darmo. A w obliczu transferu Japończyka Shinjiego Kagawy do Manchesteru United, włodarze Mistrza Niemiec musieli ostatnio zareagować. Kapitan reprezentacji Polski otrzymał od władz propozycję przedłużenia umowy do 2017 roku, jednak jeszcze nie zdecydował się jej przyjąć. Tak za Piszczka, jak i pomocnika naszej kadry, cena na rynku transferowym powinna sięgać co najmniej 10 milionów euro.

- Jeśli Piszczek rzeczywiście miałby otrzymać ofertę z Realu, to myślę, że nie powinien się długo nad nią zastanawiać. Są takie propozycje, które dostaje się tylko raz w życiu. A większość zawodników nigdy ich nie otrzyma - zauważa Juskowiak

Były gracz m.in Wolfsburga czy Borussii Mönchengladbach przewiduje, że na ewentualne transfery naszych gwiazdorów z Dortmundu musimy jeszcze poczekać.

- Decyzje w tej sprawie zapadną zapewne dopiero po Euro 2012. Tym bardziej, że po mistrzostwach cena każdego z Polaków może jeszcze wzrosnąć. Oczywiście, o ile nasza reprezentacja zajdzie wysoko, a oni indywidualnie wypadną dobrze. A jeśli nawet podopieczni Franciszka Smudy odpadną szybko z turnieju, to i tak o polskich graczach Borussii nikt w Niemczech nie zapomni - przekonuje nasz rozmówca.
http://natemat.pl/14165,dobry-lepszy-borussia-polskie-trio-bije-kolejne-rekordy-w-lidze-niemieckiej
 

 

W sezonie grasz 30 meczów. Ty przegrałeś ich osiem. Prawie co trzeci. Na 90 możliwych do zdobycia punktów uciułałeś ich ledwie 56. W innej lidze europejskiej byłbyś nad środkiem tabeli, może awansowałbyś do europejskich pucharów. Ale nie w Polsce. Tu, drogi piłkarzu wrocławskiego Śląska, możesz się cieszyć z mistrzostwa.
Parę kolejek wcześniej, przed ligowym meczem Legia Warszawa – Ruch Chorzów, byłem przekonany, że jego zwycięzca zostanie mistrzem Polski. Wygrała Legia, ale mistrzem nie jest, bo z 9 ostatnich meczów sezonu wygrała … dwa. Mistrzem nie został też Ruch, bo ze słabymi drużynami remisował na własnym stadionie. Polonia? W czwartek przegrała 0:4 z Zagłębiem. Świetnie finiszował Lech Poznań, ale swoją pogoń zaczynał z dziewiątego miejsca. Ten swoisty wyścig ślimaków ktoś jednak wygrać musiał. Padło na Śląsk.

Zobacz co Wojciech Grzyb z Ruchu Chorzów pisał przed ostatnią kolejką

Gdy kilka tygodni temu na trybunach stadionu przy Konwiktorskiej oglądałem mecz Polonia – Śląsk, przecierałem ze zdumienia oczy. Wyglądało to tak, jakby do stolicy na mecz Pucharu Polski przyjechał nie dość, że dramatycznie słaby, to jeszcze przestraszony drugoligowiec. Śląsk nie podjął walki z Polonią, nie stworzył sobie żadnej klarownej sytuacji, gładko przegrał 0:3. - To ten zespół, który wciąż liczy się w walce o puchary? - ironicznie pytali otaczający mnie dziennikarze.

Dziś Śląsk jest mistrzem. Mimo że w bezpośrednim starciu z Legią Warszawa poległ u siebie 0:4, a w tym roku kalendarzowym do meczu z Wisłą zagrał tylko dwa dobre spotkania. Bardzo często zdarzało się tak, że rywal grał ładniej, lepiej, jednak to Śląsk wygrywał mecz jedną bramką. Tak jak na Wiśle. Zresztą wygrać ten mecz pomógł im też sędzia Daniel Stefański, który w pierwszej połowie za brutalny faul miał obowiązek wyrzucić z boiska Patrika Mraza.

W sobotę porozmawialiśmy z piłkarzem Śląska Sebastianem Milą

Mówiło się wiele, że Wisła Śląskowi odpuści. Że piłkarze nie będą umierać za swój klub i walczyć za wszelką cenę. Że gospodarze przejdą obok meczu. Jednak mecz w Krakowie oglądało się nieźle. Spotkanie otwarte z obu stron, sytuacje mieli i jedni i drudzy. Wisła, szczególnie na prawym skrzydle, grała po ziemi, krótkimi podaniami, ładnie dla oka.

RAFAŁ STEC
dziennikarz "Gazety Wyborczej"
Kiedy Orest Lenczyk zdobywał swoje pierwsze mistrzostwo Polski (z Wisłą Kraków, 3 maja 1978 roku), tylko jeden jego obecny piłkarz był już na świecie. Dariusz Sztylka urodził się dzień wcześniej. A pierwszy tytuł trenera Śląska od ostatniego dzieli więcej lat niż inauguracyjny i ostatni tytuł Aleksa Fergusona;-)

Czy ktoś na boisku nie dał z siebie wszystkiego? Nie mnie to oceniać, choć faktem jest, że w polskiej ekstraklasie, gdy jeden z zespołów jedzie na ostatnią kolejkę i wystarczy mu określony wynik do zdobycia tytułu, najczęściej swój cel osiąga.

Kibice Wisły namawiali swoich piłkarzy do odpuszczenia meczu

Przykład? Rok 2007, Zagłębie Lubin jedzie na Legię i musi zwyciężyć. Wygrywa 2:1, po dziwnym spotkaniu. A kilka dni wcześniej Orest Lenczyk, który wtedy prowadził GKS Bełchatów i walczył z Zagłębiem o tytuł, mówił, że za długo siedzi w futbolu, by wierzyć w to, że Zagłębie w stolicy nie wygra.

Ale ta piłka jest pełna paradoksów. Teraz, przed ostatnią kolejką, podobne sugestie dało się słyszeć w innych drużynach. A mistrzem, najsłabszym w tym wieku, został Śląsk Wrocław. Prowadzony właśnie przez Oresta Lenczyka.

Śląsk świętuje, bawi się, tymczasem próżno szukać piłkarzy tego klubu na liście powołanych przez Franciszka Smudę na Euro. Swoje zdanie o jego kadrze mam, lecz akurat w tym przypadku w pełni się z selekcjonerem zgadzam. Dla mnie ani Sebastian Mila, ani Piotr Celeban, ani Waldemar Sobota nie są piłkarzami, którzy naszą reprezentację mogliby teraz realnie wzmocnić. - Słabo grali w tym roku, nic nie pokazali – tłumaczy się Smuda, mając zresztą rację.

Ktoś powie, że to piękne, bo liga się wyrównała i wielkie emocje mieliśmy do ostatniego gwizdka. Tyle tylko, że w przypadku naszej ligi wyrażenia „wyrównana” i „silna” są przeciwieństwami.
http://natemat.pl/13297,slask-wroclaw-najslabszy-pilkarski-mistrz-polski-xxi-wieku
 

 
Przed nami ostatnia kolejka bieżących rozgrywek piłkarskiej Ekstraklasy. Osobiście nie pamiętam, kiedy w czołówce tabeli był taki ścisk. Mało tego, aż cztery drużyny mają wciąż realne szanse na zdobycie upragnionego tytułu Mistrza Polski. Wielu ekspertów, fachowców i pseudoznawców naszego futbolu permanentnie narzeka na poziom ligowych rozgrywek, ale chyba każdy musi się zgodzić z faktem, że dawno nie było w nich tak ciekawie i emocjonująco. Głównie z powodu wciąż zmieniającej się sytuacji na samym szczycie tabeli.

Po pierwszej rundzie i dwóch kolejkach rundy rewanżowej rozegranych jeszcze w poprzednim roku wielu upatrywało mistrza w drużynie ówczesnego lidera - Śląska Wrocław, który z bezpieczną, kilkupunktową przewagą spoglądał z góry na resztę stawki. Trener Leńczyk mówił w tamtym czasie głośno przed wznowieniem rozgrywek, że jeśli Śląsk nie zdobędzie mistrzostwa to będzie to niespodzianka i spore rozczarowanie.

Pomyślałem sobie wówczas, że albo jest on bardzo pewny siebie i drużyny, którą prowadzi albo mówi tak po to, by wzbudzić respekt u rywali i wypracować tzw. przewagę psychologiczną. Albo też kompletnie nie zna się na piłce, co zresztą wyraźnie sugeruje w swojej książce "Spalony" Andrzej Iwan. Na potwierdzenie tych słów Śląsk Lenczyka całą rundę rozczarowywał i męczył kibiców swoją grą. Mimo tego, jakimś cudem znów jest na czele i jeśli tylko wygra z Wisłą w Krakowie, bez oglądania się na inne wyniki zdobędzie tytuł.

Jeśli tak się stanie to główna zasługa przypadnie tutaj Legii, która w kilku ostatnich kolejkach potrafiła wygrać jedynie ze swoim, o dziwo, najgroźniejszym wówczas rywalem do zdobycia tytułu - moim ukochanym Ruchem Chorzów. Wydawać by się mogło, że po rozbiciu tegoż Ruchu w finale Pucharu Polski Legia wszystko ma w swoich nogach i głowach, ale rzeczywistość okazała się brutalna dla warszawian.

Remis z Jagą u siebie, oraz porażka w Gdańsku zepchnęła "Wojskowych" aż na czwartą pozycję i są spore szanse na to, że zostaną oni bez żadnego medalu - o ile pierwsza trójka wygra jutro swoje mecze.No właśnie, jeśli wygra... Lech Poznań, finiszując niesamowicie, po zwycięstwie nad Podbeskidziem wskoczył na najniższy szczebel pudła i jedzie na ostatni mecz do Łodzi. Jeśli wygra tam z Widzewem, a Śląskowi i Ruchowi powinie się noga, Lech może zostać nawet mistrzem! Mało realne, ale jednak możliwe.

Śląsk jedzie na "mecz przyjaźni" z Wisłą w Krakowie. Wypada nam wszystkim wierzyć w to, że owa "przyjaźń" będzie widoczna jedynie na trybunach, a na boisku dominować będzie prawdziwa sportowa rywalizacja...

Niestety zewsząd słychać głosy, że Wisełka "podłoży" się Śląskowi, a będzie to o tyle łatwiejsze, że przetrzebiona kontuzjami i karnymi odsunięciami drużyna nie jest faworytem tej potyczki. Ale czy tacy zawodnicy jak Wilk, Sobolewski, Garguła, Kirm czy Genkow pozwolą sobie na odpuszczenie meczu w sezonie, w którym tak naprawdę nic nie wygrali? Inna sprawa, że trener Probierz jest wg. mnie swego rodzaju gwarantem tego, iż Wisła zagra na maximum swoich możliwości.

My zagramy w Chorzowie z Lechią, od kilku dni pewną utrzymania w Ekstraklasie. Mimo to, z pewnością nie możemy liczyć na żadną taryfę ulgową, gdyż Lechia będzie chciała pomóc - w sposób jak najbardziej sportowy - zdobyć tytuł mistrzowski Śląskowi, ponieważ kibice tych drużyn również darzą się sympatią. Ponadto po dwóch zwycięstwach z rzędu Gdańszczanie pewnie mają sporą ochotę na trzecie, w dodatku odniesione w jaskini lwa

Ja ze swej strony mogę obiecać, że drużyna Ruchu zrobi wszystko, by wygrać swoje spotkanie. Powodów, by tak się stało mamy mnóstwo:

Po pierwsze, od dawien dawna Ruch Chorzów nie był tak blisko mistrzowskiego tytułu.

Po drugie, by nasłuchiwać wyników z innych stadionów najpierw musimy wygrać swój mecz, bo bez tego możemy spaść nawet na czwarte miejsce!

Po trzecie, remisy z Podbeskidziem, Górnikiem i ŁKS sprawiły, że od dosyć dawna nasi kibice czekają na nasze zwycięstwo w Chorzowie.

I wreszcie po czwarte, jeśli wygramy to zostaniemy minimum vice mistrzami Polski, a już to będzie ogromnym sukcesem naszego klubu. Ale prawda jest taka, że w Chorzowie i nie tylko wszyscy czekają na 15. majstra!
http://wojciechgrzyb.natemat.pl/13217,finisz
 

 

W rozpoczynającym się jutro Wyścigu Dookoła Włoch zobaczymy aż 7 polskich kolarzy, najwięcej od 2003 roku. W swoich zespołach mają oni odgrywać różne role. Dzięki temu kibice mogą liczyć na solidną dawkę emocji. Choć żaden z naszych nie jest faworytem do końcowego zwycięstwa w Giro, to każdy z nich ma potencjał, by "namieszać" w klasyfikacji - poszczególnych etapów, bądź generalnej.
Od 5 do 27 maja kolarscy kibice na całym świecie z zapartym tchem będą śledzić wyścig Giro’Italia, który jest drugą (po Tour de France), największą imprezą tego typu na świecie.

Na starcie pierwszego etapu w duńskim Hoerning zamelduje się cała plejada gwiazd specjalizujących się w jeździe na rowerze. Wśród nich będzie także siedmiu Polaków. Nieformalnych liderem "polskie grupy" będzie Sylwester Szmyd. To na niego będą głównie zwrócone oczy polskich fanów. Nie bez przyczyny - w tym sezonie Szmyd spisuje się znakomicie.

- Tak licznej reprezentacji nie mieliśmy w tym wyścigu od 9 lat. Wówczas ekipa CCC Polsat z Dariuszem Baranowskim na czele dostała „dziką kartę” - wspomina Tomasz Jaroński, komentator kolarstwa w Eurosporcie.

Polskie wiosenne sukcesy kolarskie

To wielki sukces kolarstwa rodzimego. Docenienie wielomiesięcznej ciężkiej pracy, jaką nasi zawodnicy wykonali na treningach. Oczywiście podczas wyścigu, będą mieli różnorakie zadania, jakie narzucą im dyrektorzy sportowi. Choć w wyjściowych założeniach, nikt z tej "szczęśliwej siódemki" nie został obwołany liderem swojej ekipy, to nie jest powiedziane, że nim nie zostanie. Już w trakcie wyścigu. Losy kolarskich rywalizacji są nieprzywidywalne. Kto wie, może w trzecim tygodniu Giro, to na Sylwestra Szmyda będą pracować koledzy z Liquigas-Cannondale.
- Przy rozpisywaniu ról w zespole Liquigas, Szmyd został wyznaczony jako pomocnik lidera, Ivana Basso. Ale nie jako jakiś tam zwykły pomocnik, tylko eskluzywny "gregario", który będzie towarzyszył Włochowi w najważniejszych chwilach. Jednak jeśli Basso podwinie się noga i nie będzie w czołówce, to Polak, zważywszy na jego wysoką formę, może dostać wolną rękę i pracować na swój jak najlepszy wynik w "generalce" - zaznacza Jaroński.


O tym, jak mocną pozycję w ekipie Liquigas-Cannondale ma Szmyd, świadczą słowa Andrzej Guwcy z serwisu NaSzosie.pl.

- Niedawno miałem przyjemność się o tym przekonać podczas zakończonego Giro del Trentino, gdzie po jednym z etapów spaliśmy w hotelu z kolarzami tej drużyny. Przy kolacji, w centralnych miejscach na bokach stołu, siedzieli lider - były zwycięzca Giro d`Italia Ivan Basso, a po drugiej stronie nasz Sylwek - wspomina Gucwa.

- Taka sama sytuacja była podczas śniadania. Co powinno cieszyć polskich kibiców to to, że szefostwo Liquigasu dostrzega wysoką formę Polaka i gdy "ma nogę", to wszyscy na niego pracują. Tak było na ostatnim etapie Trentino z metą na Passo Pordoi, gdzie na Bydgoszczanina pracował nawet Basso - podkreśla nasz rozmówca.

Szmyd jest polskim rekordzistą. Dla niego będzie to już już jedenasty start w Giro. Kolarz Liquigasu jest w ostatnich tygodniach w bardzo wysokiej formie – w zakończonym w niedzielę Tour de Romandie zajął siódme miejsce. Z dobrej strony pokazał się także m.in Volta a Catalunya - dwa razy trzeci na etapach, w Giro Del Trentino ostatecznie zajął wysokie 3 miejsce w klasyfikacji generalnej.

W Wielkim Tourze zadebiutują z kolei Michał Kwiatkowski (Omega Pharma QuickStep) oraz mistrz Polski – Tomasz Marczyński (Vacansoleil). Ten pierwszy, to obok Macieja Bodnara, nasz cichy faworyt do wysokich miejsc podczas jazdy indywidualnej na czas. - Bodnar i Kwiatkowski rywalizują między sobą o start w "czasówce" na igrzyskach w Londynie - przypomina Jaroński.

Polacy liczą się w peletonie

Gdy nadejdą górskie etapy, to prócz Szmyda, w czołówce powinniśmy także wypatrywać Przemysław Niemca. Jako przyboczny Michele Scarponiego, powinien być jednym z dyktujących tempo peletonu. Drużyna Lampre zawsze należy do jednej z najbardziej widocznych podczas Giro.

W przypadku pozostały Polaków możemy liczyć na ich wzmożoną aktywność Bartosza Huzarskiego (NetApp). W tym roku nadspodziewanie dobrze radził sobie m.in w Giro de Trentino. Ma być jednym z liderów swojego zespołu. Wśród uciekających możemy spodziewać się z kolei Michała Gołasia (Omega Pharma QuickStep).
Jak widać, podczas tegorocznego Giro na brak emocji ze strony biało-czerwonych nie powinniśmy narzekać. Jedynie na płaskich etapach ciężko spodziewać się "polskich akcentów". - Od lat brakuje nam dobrych sprinterów. Szkoda, ponieważ przez sporą część wyścigu nasi nie mają szans na odegranie większych ról - zaznacza nasz rozmówca z Eurosportu.

Tomasz Jaroński o kolarstwie

Gdyby nie kontuzja Rafała Majki, w tegorocznym Wyścigu Dookoła Włoch podziwialibyśmy aż ośmiu Polaków. Tym większy żal, gdyż Majka miał być lidem swojego zespołu. Jaroński uważa jednak, że nie należy przeceniać młodego kolarza.
- Po dyskwalifikacji Contadora jego ekipa nie ma aż tak mocnego składu, jak wcześniej. Dyrektor Saxo Bank zdecydował się postawić na Polak ze względu na jego spore możliwości. Bo nie z powodu wyników czy doświadczenia. Wątpliwe, czy Majka mógłby zająć wysokie miejsce na koniec wyścigu. Raczej walczyłby tylko o "białą koszulkę" dla najlepszego młodzieżowca. Moim zdaniem, mimo jego nieobecności, nie będziemy narzekać na brak wrażeń.

- Co do Rafała Majki, to wątpie by odegrał większą rolę niż pozostali. To z
pewnością wielki diament, jednak jeszcze nie oszlifowany. Potrzebuje wiele
doświadczenia i nie wiem, czy jego kontuzja nie wyjdzie mu na dobre. Mieć
niespełna 23-lata i jechać jako lider Saxo Bank`u w Giro d`Italia, to z
pewnością wielka presja psychiczna, która ciążyłaby na tym chłopaku. Widać
to z resztą w polskich mediach, przez które pojawiło się sporo zamiesznia
wokół niego - zauważa z kolei Gucwa.

Trasa 95. edycji Giro d'Italia liczy 3476 km i składa się z siedmiu płaskich i jedenastu górskich lub górzystych etapów. Na zawodników czekają również trzy „czasówki – dwie indywidualne i jedna drużynowa.
http://natemat.pl/13099,kibicow-kolarstwa-czekaja-wielkie-emocje-w-giro-d-italia-2012-wystapi-rekordowa-liczba-polakow
 

 
Giro d’Italia, jak sama nazwa wskazuje w tym roku zaczyna się w Danii. Na starcie zabraknie ubiegłorocznego zwycięzcy, któremu odebrano tytuł, do tego trudno wskazać faworyta numer jeden oraz potencjalnego “głównego rywala”. Trasa wyścigu składa hołd legendarnej przełęczy Stelvio i choć na papierze zapowiada się ekscytująco, wyjątkowo nie mam ochoty go oglądać.

Trasa 95. Giro di Italia • http://www.gazzetta.it/Speciali/Giroditalia/2012/it/
Ubiegłoroczny włoski tour z rocznej perspektywy to pomieszanie entuzjazmu, tragedii i skandalu. Uznany za najtrudniejsza trzytygodniowa etapówka nowożytnej epoki, z odcinkami o monstrualnych przewyższeniach, ekstremalnymi wyzwaniami na trasie (szutrowy zjazd z Monte Crostis ostatecznie anulowano po protestach kolarzy) był popisem Alberto Contadora. Tego, który przejechał wyścig “na czysto”, ale po wyroku Trybunału Arbitrażowego został z niego zdyskwalifikowany za dopingowe przewinienie podczas wcześniejszego Tour de France. Zwycięzcą został więc Michele Scarponi, ale czy byłby nim, gdyby bezpośrednim rywalem był Nibali a Joaquim Rodriguez nie odsiewałby rywali Contadora tylko sam jechał dla siebie, tego już nigdy się nie dowiemy. 94. Giro stało również pod znakiem żałoby - śmierć na jednym z początkowych etapów poniósł belgijski zawodnik Wouter Weylandt. Znany m.in. z tras Tour de Pologne kolarz upadł w miejscu, któremu daleko było do najgroźniejszych i w teorii najbardziej niebezpiecznych na trasie.

W tym sezonie Giro jest inne. Nowe kierownictwo nie szuka w Alpach wynalazków, nie każe zawodowcom ścigać się w warunkach, do których nie przywykli. Stawiając na klasyczne wzniesienia i tak zmusi ich do nadludzkiego wysiłku, szczególnie w ostatnim, najeżonym trudnościami tygodniu zmagań. Po raz kolejny Włosi udowadniają, że to oni mają najtrudniejszy Wielki Tour sezonu, wysoka forma z pierwszego tygodnia może nie wystarczyć do wytrzymania wyzwań, jakie stawiają organizatorzy w końcówce. Teoretycznie przewagę nad kolarzami jeżdżącymi na czas (w sumie 72km, z czego niespełna 40 indywidualnie) mają typowi górale, ale wygra zawodnik nie tyle najbardziej błyskotliwy, co najbardziej odporny na zniszczenie.

Stąd też, choć dwukrotny triumfator, Ivan Basso nie prezentuje póki co najwyższej dyspozycji, ale jego doświadczenie i spokój mogą być jego największymi atutami. Michele Scarponi, Frank Schleck czy Roman Kreuziger mogą zapłacić zbyt dużą cenę za ataki klasycznych górali takich jak Jose Rujano czy Domenico Pozzovivo. Całkowita niewiadomą jest również forma Damiano Cunego, który teoretycznie odbudował się podczas zeszłorocznego Tour de France, ale liderem ekipy Lampre jest Michele Scarponi, jadący z numerem jeden na plecach. Z kolei wspomniany Frank Schleck startuje nieco niespodziewanie, nie wiadomo czy z własnej woli czy pod przymusem Johana Bruynella. Zapewne od tego zależy, jak podejdzie do startu w Giro, co może mieć niebagatelne znaczenie dla dalszego rozwoju kariery sportowo - medialnego duetu o nazwie “Bracia Schleck”. Tak czy inaczej, w obliczu bardzo selektywnej trasy, oraz szerokiego grona faworytów o bardzo różnorodnych umiejętnościach, wyścig jest otwarty co może być zarówno zaletą (wyrównana walka) jak i wadą (defensywna jazda większości pretendentów). Jedno jest pewne: na podjazdach Giau, Duran, Alpe di Pampeago, Mortirolo czy Stelvio trudno będzie o zachowawczą jazdę. Będzie tak ciężko, że słabsi zwyczajnie odpadną.

Na koniec słów kilka o Polakach. Kibice liczą przede wszystkim na Sylwestra Szmyda. Fantazja fanów podpowiada scenariusz, w którym Basso jest słaby, Szmyd zastępuje go na pozycji lidera Liquigasu, wygrywa etap i kończy wyścig w pierwszej dziesiątce. Jeszcze rok temu powiedziałbym, że to niemożliwe, bo znając lojalność naszego najlepszego kolarza względem jego pracodawców taka sytuacja się nie wydarzy. Tym razem nie będę nic pisał, tylko kibicował: i Basso i Szmydowi. Rolę czołowego pomocnika włoskich mistrzów prawdopodobnie przejmie Przemysław Niemiec. Rok temu zadebiutował w Giro (i jak się okazało, był to debiut zwycięski, wszak jego lider: Scarponi, został uznany za triumfatora wyścigu), tym razem będzie mocniejszy o doświadczenie, ale i słabszy o drugiego mocnego kolarza w ekipie, któremu być może trzeba będzie pomagać (Cunego). Tak czy inaczej zespół Lampre podczas wyścigu dookoła Włoch to główna siła napędowa w peletonie, dobrze, że znajduje się w niej Polak. Podczas jazdy na czas czujnie obserwować będę dokonania Macieja Bodnara (towarzysz Szmyda w Liquigasie) i Michała Kwiatkowskiego (Omega Pharma Quick Step). Michał Gołaś (również Omega), Tomasz Marczyński (Vacansoleil) oraz przede wszystkim Bartosz Huzarski (NetApp) to realna nadzieja na zwycięstwo etapowe polaka w wielkim tourze - zdarzenie niewidziane od 1993r!

Wyścig zapowiada się więc pięknie. Dodatkowych emocji powinny dostarczyć bonifikaty na metach etapów, dzięki którym rywalizacja powinna być jeszcze ciekawsza. Trasa jest ciężka, faworytów liczne grono a do tego będzie można kibicować “naszym”. Co więcej, dotychczasowy przebieg sezonu pokazuje, że można spodziewać się wielu ciekawych rozstrzygnięć, niekoniecznie z największymi gwiazdami w rolach głównych. Dlaczego więc podchodzę do sprawy sceptycznie? Cóż, nad tegorocznym Giro ciąży dyskwalifikacja i nieobecność Alberto Contadora. Fakt, że coraz więcej wyścigów rozstrzyganych jest kilka lub kilkanaście miesięcy po ich zakończeniu nie przez zawodników a przez prawników w Lozannie powoduje, że nawet najwierniejszemu kibicowi odechciewa się poświęcać energię i czas przed TV. Najzwyczajniej w świecie jest to bardzo niepewna inwestycja, a własne emocje warto lokować tam, gdzie są bezpieczne.

Trasa 95. Giro d’Italia:
etap 1 - 5 maja: Herning, Dania (8,7 km, jazda indywidualna na czas)
etap 2 - 6 maja: Herning - Herning (206 km)
etap 3 - 7 maja: Horsens - Horsens (190 km)
8 maja: dzień wolny, przelot do Włoch
etap 4 - 9 maja: Werona - Werona (33,2 km, jazda drużynowa na czas)
etap 5 - 10 maja: Modena - Fano (209 km)
etap 6 - 11 maja: Urbino - Porto Sant’Elpidio (210 km)
etap 7 - 12 maja: Recanati - Rocca di Cambio (205 km, finisz na podjeździe)
etap 8 - 13 maja: Sulmona - Lago Laceno (229 km, finisz na podjeździe)
etap 9 - 14 maja: San Giorgio nel Sannio - Frosinone (166 km)
etap 10 - 15 maja: Civitavecchia - Assisi (186 km)
etap 11 - 16 maja: Assisi - Montecatini Terme (255 km)
etap 12 - 17 maja: Seravezza - Sestri Levante (155 km)
etap 13 - 18 maja: Savona - Cervere (121 km)
etap 14 - 19 maja: Cherasco - Cervinia (206 km, finisz na podjeździe)
etap 15 - 20 maja: Busto Arsizio - Lecco/Pian dei Resinelli (169 km, finisz na podjeździe)
21 maja: dzień wolny
etap 16 - 22 maja: Limone sul Garda - Falzes/Pfalzen (173 km)
etap 17 - 23 maja: Falzes/Pfalzen - Cortina d’Ampezzo (186 km, bardzo ciężki etap w Dolomitach)
etap 18 - 24 maja: San Vito di Cadore - Vedelago (149 km)
etap 19 - 25 maja: Treviso - Alpe di Pampeago (198 km, finisz na podjeździe)
etap 20 - 26 maja: Caldes/Val di Sole - Passo dello Stelvio (219 km, królewski etap, meta na podjeździe)
etap 21 - 27 maja: Mediolan (30,1 km, jazda indywidualna na czas)

Faworyci:
***
**Ivan Basso, Michele Scarponi, Roman Kreuziger
***Damiano Cunego, Domenico Pozzovivo, Frank Schleck
** Jose Rujano, Joaquin Rodriguez, John Gadret
*Sylwester Szmyd, Mikel Nieve

Polacy:
Sylwester Szmyd, Maciej Bodnar (obaj Liquigas), Tomasz Marczyński (Vacansoleil), Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś (obaj Omega Pharma-Quick Step), Przemysław Niemiec (Lampre), Bartosz Huzarski (NetApp)
http://marektyniec.natemat.pl/13091,wyjatkowo-nie-chce-pieknego-giro
 

 
Najbardziej w naszym nowym, oficjalnym hymnie Euro ujął mnie ów "kurzy element", czyli słynne "koko". Kto poza mną pamięta jakie zwierzę prowadziło (muzycznie) do medalu ekipę Piechniczka w roku 1982? Przypominam: to była KROWA. No to dlaczego teraz nie może być to kura?

Krowa miała niebanalne imię "Łaciata", wylegiwała się w trawie i w snach wydawało się jej, że jest bykiem i występuje na hiszpańskiej arenie przeciwko różnym torreadorom, którzy zachodzą ją (go?) "od ogona". Swoją drogą była to piękna metafora polskiej piłki nożnej lat 70/80: cała ten nasz krowiasty futbol przez jedną, dziwną dekadę wyśnił sobie, że jest "bykiem". I tym bykiem faktycznie został - na moment... i wystąpił na arenie, a nawet na kilku... a potem sen się skończył i wszystko wróciło do normy.

Nie wysłuchałem wszystkich utworów - kandydatów na hymn, ale z tego co słyszałem najbardziej podobało mi się właśnie "Koko, koko". Bo, jak wiadomo, każda dobra piosenka musi mieć wpadający w ucho szlagwort. O ile się nie mylę utwór miłych pań z "Jarzębiny" był jedynym, który takowy szlagwort posiadał. Słowo daję: już następnego dnia słyszałem ludzi, którzy idą warszawskim Nowym Miastem i sobie nucą... przecież to właśnie o to chodzi!!!

Naturalnie: hymn kibicowski powinien też dodatkowo mieć też coś wspólnego z zagrzewaniem do boju, entuzjazmem i - radosną, ale jednak - powagą. Tutaj powagi nie ma, ale czy to wina tych miłych pań, że wszystkie pozostałe utwory były tak beznadziejne? "Koko, koko" powinno być zabawnym dodatkiem do całej palety fajnych, przebojowych piosenek...

Ja już nie mówię, żeby ktoś powtórzył taki hit jak kapitalne "Go, go, go - allez, allez, allez!" z mundialu we Francji... (dla mnie wzorzec "kibicowskiego hymnu na Mundial/Euro/Igrzyska/Cokolwiek). Ale u nas przecież nikt nawet nie zbliżył się do poczciwego szlagwortu "Polska gola, taka jest kibiców wola!" z dawnych lat.

Na szczęście społeczeństwo wyczuło tę wiochę, zareagowało prawidłowo - i wybrało wobec tego piosenkę wiejską. Okazuje się, że Polacy mają jednak poczucie humoru i dystans do samych siebie. Rzadko zdarza mi się chwalić moje własne społeczeństwo - tym bardziej się cieszę i jestem dumny!

...gorzej z kompozytorami...
http://domannowakowski.natemat.pl/13227,koko-koko-dla-mnie-spoko
 

 

Mariusz Walter, współwłaściciel koncernu ITI i Legii Warszawa po porażce swojej drużyny, która praktycznie wyklucza ją z walki o mistrzostwo Polski, zrezygnował z zasiadania we władzach klubu. Klubu, który kocha, w który włożył dużo pieniędzy i… który na końcu przyniósł mu gorzkie rozczarowanie. Sportowe i finansowe w jednym.
Jedni twierdzą, że znudziło mu się finansowanie klubu, który nie odnosi oczekiwanych sportowych sukcesów. Inni, że to decyzja naturalna albo że przesądziły względy zdrowotne. Niezależnie od tego, jaka jest prawda o przyczynach odejścia Mariusza Waltera z władz Legii Warszawa, wszyscy są zgodni co do jednego - Legię kochał jak własne dziecko. I to dziecko go zawiodło.

Od dziennikarza do biznesmena

Mariusz Walter zaczynał jako dziennikarz. Najpierw skromnie, w studenckim radiowęźle Politechniki Śląskiej, potem szumnie, jako jeden z najbardziej znanych dziennikarzy lat 70. Przez prawie 20 lat pracował w Telewizji Polskiej, a lata jego prawdziwej sławy przypadły na "dekadę Gierka". To Walter stworzył "Studio 2", flagowy program TVP w tamtej epoce. Co ciekawe, "Studio 2" prowadziła jego żona Bożena, dziś szefowa Fundacji TVN.

W latach 1967-1983 Mariusz Walter był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jerzy Urban rekomendował go nawet na stanowisko głównego konsultanta w zespole propagandowym. Ostatecznie taki zespół nie powstał.
Walter opuścił pokład TVP w 1982 roku. Na łamach pisma "Eurovip" tak tłumaczył okoliczności swojego odejścia: "To nie tak, że musiałem odejść. Z telewizji nikt mnie nie wyrzucił. Sam odszedłem. Miałem tzw. rozmowę weryfikacyjną, po której padł wniosek, że nie mogę pełnić żadnej funkcji kierowniczej". A więc dlaczego właściwie odszedł? Jak stwierdził, w telewizji nie dało się dłużej pracować.

W tym miejscu, czyli na początku lat 80. kończy się opowieść o Walterze dziennikarzu, a zaczyna się Walter biznesmen i producent. Dwa lata po porzuceniu pracy w TVP Walter wspólnie z Janem Wejchertem założył firmę ITI, która zajmowała się dystrybucją kaset wideo, filmów, produkcją reklam, a nawet...chipsów.

Od TVN do Legii

W 1997 roku ITI współprowadzone przez Waltera uruchomiło swój "okręt flagowy", czyli telewizję TVN. Wtedy jeszcze nie zanosiło się na to, że z branży rozrywkowej Walter przeskoczy na branżę sportową. Aż w końcu na początku XXI wieku ITI zdecydowało się wykupić stołeczną Legię. Przesądziła nie tylko wielka miłość Waltera do futbolu. ITI chciało z piłkarskiego klubu zrobić dobrze działające i przynoszące dochody przedsiębiorstwo. Dlatego właśnie przez ostatnią dekadę Walter i inni z ITI wyłożyli na Legię fortunę.


MICHAŁ POL
dziennikarz "Gazety Wyborczej" i Sport.pl
"Co Legia zawdzięcza Walterowi? Przede wszystkim to jego ideą była budowa nowego stadionu"
- Co Legia zawdzięcza Walterowi? Przede wszystkim to jego ideą była budowa nowego stadionu. On zostawia najlepiej zarabiający na siebie klub, bo przecież w tym roku ITI nie musiało dokładać do Legii. To on wprowadził Legię do Europy - mówi naTemat Michał Pol, dziennikarz "Gazety Wyborczej" i Sport.pl.

Komu tytuł, komu? Najbardziej zacięty sezon ligowy w Polsce od lat

- On nie tylko wkładał w Legię pieniądze, ale przede wszystkim serce i zaangażowanie. Zawsze można było go spotkać na meczu: przeżywającego sukcesy, ale też trapiącego się porażkami. Patrzył na klub jak na dorastające dziecko, przez co udało się osiągnąć bardzo fajny stadion i wielkie widowiska w ostatnich latach - zwraca uwagę Wojciech Olejniczak, europoseł SLD i częsty gość na stadionie Legii przy Łazienkowskiej.

Walter trwał przy Legii sercem i portfelem nawet mimo tego, że kibice "Wojskowych" znienawidzili ITI i jego samego. W trakcie jednego z meczów w 2008 roku uraczyli go na przykład okrzykami "Walter cwelu kup sobie klub w Izraelu".

Od sukcesu do rozczarowania

Bez wątpienia nowy stadion Pepsi Arena czy występy Legii w europejskich rozgrywkach można zapisać na konto sukcesów Mariusza Waltera. Problem w tym, że worek z porażkami stał się równie - albo nawet bardziej - okazały niż ten z sukcesami. I w tym worku trzeba szukać przyczyn jego decyzji o odejściu z władz Legii. W tym miejscu wspomnieć trzeba chociażby o tym, że warszawski klub za rządów ITI i Waltera zdobył tylko jedno mistrzostwo Polski. W tym sezonie miał szansę na kolejne, ale po ostatnim meczu praktycznie się jej pozbył.

- Klub piłkarski to nie dziecko, które się taką miłością kocha niezależnie od tego, co wyrabia. Miarka się przebrała. Projekt Legia zakończył się dla Mariusza Waltera bolesną porażką, co nieskończenie więcej mówi o Legii i o polskiej piłce niż o Walterze i o tym projekcie - mówi Tomasz Lis, był pracownik TVN i wielki fan piłki nożnej.

Podobnego zdania jest Robert Jędrzejczyk, warszawski prawnik i zapalony kibic. - Miłość do piłki niestety pada na rubieżach braku umiejętności i ambicji zawodników. Mariusz Walter jest przecież kolejną osobą, która poświęciła sporo czasu i środków, a skutków sportowych nie ma - stwierdza.

ITI, sprzedawaj! Ringier Axel Springer chce kupić Legię Warszawa. Za grosze

Poza tym Legia tonie w długach, a brak sukcesów sportowych nie zwiastuje poprawy kondycji finansowej klubu. Może więc dlatego Walter powiedział "pas"? - Za dużo pieniędzy zainwestował w Legię żeby teraz z powodów finansowych się wycofywać - dodaje Jędrzejczyk.


JÓZEF OLEKSY
były premier, członek rady nadzorczej Polonii Warszawa
"Ma prawo być zmęczony. To naturalne zamknięcie działalności"
Józef Oleksy, były premier, który zasiada w radzie nadzorczej Polonii Warszawa, stawia jednak tezę, że szef ITI po prostu udał się na zasłużony odpoczynek, a porażki sportowe i finansowe nie miały kluczowego znaczenia. - Występowały różne sytuacje na styku z kibicami i sponsorami. Ma prawo być zmęczony. To naturalne zamknięcie działalności - zaznacza.

Pocieszeniem dla Waltera może być jedynie fakt, że nie tylko jemu piłka już obrzydła. Janusz Wojciechowski, jego kolega po fachu sponsorujący stołeczną Polonię, przed dwoma tygodniami ogłosił, że zakręca kurek.
http://natemat.pl/13043,mariusz-walter-porzuca-legie-warszawa-historia-wielkiej-niespelnionej-milosci
 

 
No i rozpętało się. Piosenka ''Koko Euro spoko'' ludowego zespołu Jarzębina została oficjalnym przebojem drużyny narodowej, i wszyscy mamy jakiś pogląd na jej temat. Większość chyba negatywny... Dla równowagi przegląd piosenek, które były oficjalnymi utworami na poprzednich Mistrzostwach Europy.

We're In This Together (Euro 1996) - Simply Red

Campione (Euro 2000) - E-Type

Forca (Euro 2004) - Nelly Furtado

Can You Hear Me (Euro 2008) - Enrique Iglesias

Koko Euro spoko (Euro 2012) - Jarzębiny
 

 
Sebastian Coe nie zbojkotował igrzysk w Moskwie i dzięki temu jest dumny ze złota i srebra zdobytego na Łużnikach. Za sukcesy sportowe otrzymał od królowej tytuł lorda. 4 lata później bezrozumna decyzja Kremla o bojkocie igrzysk w LA odebrała wielu polskim sportowcom szansę na medal, chwałę wiekopomną i na dożywotnią rentę. Wiele lat ich ciężkich przygotowań komunizm spuścił do kibla...
Ignoranci nie wypowiadają się na ogół w sprawach poważnych. Jeżeli jakiś polityk filuternie wyskoczy przed orkiestrę z mądrościami o tarczy antyrakietowej, albo broni chemicznej, no to się ośmieszy. Niestety, jest temat dużo poważniejszy, a odważnych dyletantów nie brakuje. To sport. A zwłaszcza bojkot imprez sportowych, który rzekomo ma przynieść jakiś polityczny zysk. To ponury żart, który ośmiesza nie tylko bufona udającego, że się na tym zna, ale i całe jego otoczenie.

Pamiętajcie wy wszyscy zwalniani w szkole z wuefu, żaden bojkot zawodów sportowych nie zakończył się niczym innym niż ciężką porażką sportu i sportowców!

Jarosław Kaczyński pewnie nie wie, kto to jest lord Sebastian Coe, bo niby skąd, ale na całym pozostałym poza PiS-em świecie każdy go zna. Seb za 80 dni otworzy najważniejszy event ostatnich lat. To on zorganizował Igrzyska 30 Olimpiady w Londynie. Pierwsze igrzyska czasów fejsa i twittera, które to działania społecznościowe mają ogromny wpływ także na sport. Podczas ostatnich półfinałowych spotkań Ligi Mistrzów zanotowano blisko 15 tysięcy twittów na sekundę. Ale co na ten temat mogą powiedzieć ludzie, którzy nie maja komórki, konta w banku i prawa jazdy?

W bardzo poważnych badaniach na wielotysięcznej próbie zrobionej przez BBC Anglicy wybrali 3 najważniejsze wydarzenia XX wieku. Były to: lądowanie na Księżycu, przeszczep serca i bieg Rogera Bannistera. Tylko czy ktokolwiek z tych ochotników bojkotu EURO wie, co zrobił Bannister?
http://andrzejperson.natemat.pl/13013,bojkot-sportu-w-czasach-fejsa-i-twittera-ponury-zart
 

 
Podjęcie się roli obrońcy selekcjonera polskiej reprezentacji w piłce nożnej to, na pierwszy rzut oka, misja z góry skazana na porażkę. Bardziej wymagająca, aniżeli bycie "adwokatem diabła". Jednak w obliczu zmasowanej krytyki, która spływa na Smudę, łatwo dołączyć do tych, którzy obrzucają go błotem. Krytykowanie mamy we krwi.

Nie da się ukryć, Franciszek Smuda jako trener kadry narodowej, popełnia błędy. Czasami nawet na masową skalę. Nie wszystkiego jego decyzje, dotyczące powołań na zbliżający się turniej piłkarski w Polsce, są w pełni zasadne i składające się w logiczną całość.

Gańmy trenera, gdy na to zasługuje. Chwalmy, gdy są powody

Podejmując polemikę dotyczącą składu polskiej reprezentacji na Euro 2012, jaki przedstawił nam wczoraj Smuda, większość komentatorów poświęca tylko dwa zdania dobrym pomysłom selekcjonera. Dlaczego?

Mowa chociażby o postawieniu na kilku młodych, obiecujących zawodników – Rafała Wolskiego czy Marcina Kamińskiego.

Pierwszy z nich, to perełka w naszej ligowej szarzyźnie. Wystarczyło kilka występów w dorosłym zespole Legii Warszawa, by Wolski urzekł swoją grą fanów nie tylko z Warszawy. Bo to prawdziwe dobro narodowe, na które trzeba "chuchać i dmuchać". Świetny drybling, dobra technika. A do tego nie skończył nawet 20 lat. Z kolei Kamiński, to wschodząca gwiazda Lecha Poznań. Rówieśnik Wolskiego, gra niezwykle dojrzale w defensywie. Niedawno przy Łazienkowskiej, z łatwością radził sobie z ofensywnymi piłkarzami "Wojskowych", nawet z Danijelem Ljuboją.
Przy ogłaszaniu kadry selekcjoner wreszcie okazał się konsekwentny. Ale o tym ani słowa, bo po co go chwalić. Oczywiście, trochę na własne życzenie, znalazł się "między Scyllą, a Charybdą". Czego nie zrobi, będzie źle. Nie powoła Żewłakowa, Boruca, Peszki. Źle. Powoła, też źle. Ale skoro od miesięcy powtarzał, że ich na Euro nie weźmie, to zdziwienie z powodu ich ostatecznego braku w kadrze na Euro jest niezrozumiałe.

Jak mawiali wielcy greccy filozofowie, Platon i Arystoteles: "Początkiem filozofii jest zdziwienie". W tym wypadku filozofii podejmowania krytyki za wszelką cenę.
Atakując Smudę za brak konsekwencji, wpierw samemu należałoby jej przestrzegać.

Z jednej strony wielu wypomina trenerowi, że bierze Kamila Glika, który był notorycznie po za kadrą. A żądają w zamian Tomasza Frankowskiego, który za czasów tego selekcjonera nigdy w niej nie wystąpił.

"Kto nie gra, ten nie jedzie na Euro" - zasada niemożliwa do zrealizowania

Warto zauważyć, iż wczorajsze powołania wywołują często uzasadnione kontrowersje. Przykładowo, Kuszczak na Euro nie pojedzie, choć odrodził się w Anglii. Podobnie Sebastian Boenisch, który więcej czasu spędził w ostatnim czasie na rehabilitacji, niż na boisku. A jednak znalazł się wśród nominowanych.

Ale jednowymiarowe postrzeganie każdego z trenerskich wyborów do niczego nie prowadzi. Matuszczyk, który nie radzi sobie w drugiej lidze niemieckiej, rzeczywiście nie nadaje się na Euro. Ale czy naprawdę Borysiuk ze słabego Kaiserslautern byłby o wiele lepszy? Ani jeden, ani drugi, na podstawową jedenastkę kadry nie mają co liczyć. A Smuda obrywa za obu.

"Franz" źle zrobił, początkowo przyjmując zasadę - "Będę powoływał tylko tych, którzy grają regularnie". Ta utopijna wizja była niemożliwa do zrealizowania. I wszyscy o tym wiedzą. Dlatego setny raz przypominanie o tym, że "a ten Kowalski to nie gra, a tamten Iksiński to grzej ławę, a i tak obaj jadą na Euro", zakrawa o szukanie na siłę sensacji. No nie grają. Taki Adrian Mierzejewski, cenny piłkarz dla reprezentacji, też nie występuje regularnie w lidze tureckiej. I przez to nie powinien jechać na Euro? Zbudujmy kadrę z samych grających ligowców, to dopiero będzie wesoło.

Podobnie sprawa ma się wiecznym wypominaniem Smudzie "farbowanych lisów" (piłkarzy, którzy grają z orzełkiem na piersi tylko dlatego, że w innym kraju ich nie chciano). Aż tak bardzo wszystkich boli to, czy Obraniak potrafi śpiewać hymn czy nie? Prezes pewnej partii też nie potrafi, a podobno jest jednym z największych patriotów w naszym kraju.

Kto rzeczywiście powinien zagrać w ataku

Gdy tylko trener polskiej reprezentacji skończył wyczytywać nazwiska piłkarzy powołanych do szerokiej na Euro, od razu pojawiły się chóralne ataki. "Co tu robi Sobiech?", "Trzeba było wziąć Frankowskiego", "Brożek? Nie radzi sobie w Szkocji", "A gdzie Arkadiusz Piech z Ruchu Chorzów?" – to tylko niektóre z komentarzy.

Oczywiście, moglibyśmy powołać i Arkadiusza Piecha, i Tomasza Frankowskiego i pewnie jeszcze dziesięciu innych napastników. Tylko pytanie, po co?

Polska na Euro zagra zapewne tylko JEDNYM wysuniętym atakującym. I zapewne będzie to Robert Lewandowski. Ewentualnie, Paweł Brożek, a Lewandowski zostanie cofnięty na pozycję "podwieszonego napastnika". Dlatego temat innych graczy z linii ataku ma drugorzędne znaczenie.

Powoływanie Tomasza Frankowskiego do kadry w roli zawodnika nie ma większego sensu. I dziwią mnie głosy, tych, którzy się tego domagają. Bo te same osoby, z jednej strony narzekają na poziom polskiej ligi, a z drugiej strony wskazują - "ale Franek zdobył 15 bramek". Frankowski w sierpniu skończy 38 lat. Na polską ligę wciąż jest dobry. Ale czy będzie w stanie wygrywać pojedynki szybkościowe z obrońcami reprezentacji Czech lub Rosji podczas Mistrzostw Europy?
Co do Arkadiusza Piecha, każdą monetę warto zawsze przejrzeć z dwóch stron.
Nawet jeśli na jednej widnieje dumny napis "Strzelec 10 goli w bieżącym sezonie Ekstraklasy". Z drugiej bowiem wyryte zostały nazwy zespołów, którym napastnik Ruchu strzelał gole. A próżno szukać wśród nich ligowych potentatów.

A w zamian są następujące ekipy: GKS Bełchatów, Zagłębie Lubin, Widzew Łódź, Górnik Zabrze, ŁKS Łódź, Śląsk Wrocław, Jagiellonia Białystok, Podbeskidzie Bielsko-Biała, jeszcze raz Widzew i jeszcze raz ŁKS. Szału nie ma. W spotkaniach z drużynami ze ścisłej czołówki: Legią, Wisłą, Lechem, Koronę i Śląskiem, napastnik Ruchu zdobył tylko jedną bramkę. Pokonał bramkarza wrocławian.

Nie twierdzę, że Piech jest gorszy od Kucharczyka. Ten drugi strzelił jeszcze mniej bramek w lidze, wystąpił raptem w kilku meczach. Ale nikt nie zauważył, że ten młody chłopak z Legii jeszcze niedawno grał w drugoligowym Świcie Nowy Dwór, a teraz może wybiec na murawę Stadionu Narodowego przeciwko Grekom. Czasem warto docenić czyjś spektakularny sukces. A nie tylko narzekać.

Wyniki rozliczą Smudę

Nad formułowaniem odważnych osądów nieraz warto się zastanowić. Najgorsze jest bowiem wrzucanie wszystkich pomysłów do jednego worka przeznaczonego na wysypisko śmieci. Tylko dlatego, że są one autorstwa tej samej osoby. Tak zazwyczaj działają politycy w naszym kraju, a na nich nie warto się wzorować. Tak też jest w przypadku działań Franciszka Smudy. Wiecznie krytykowanego.

Nikt nie ma wątpliwości, że powołana kadra na Euro to autorski projekt selekcjonera. Nie są to tylko i wyłącznie najlepsi polscy piłkarze. Ale też nie są to tylko i wyłącznie najgorsi – a takie wrażenie można wysnuć z niektórych komentarzy w mediach.

A jacy ostatecznie są, to przekonamy się po turnieju. Bądźmy po stronie Smudy i piłkarzy. Czekajmy z nadzieją na to, by sprawili nam choć odrobinę radości. I podejmujmy konstruktywną krytykę, rezygnując z krytykanctwa.
http://natemat.pl/12939,przed-szereg-wystap-w-obronie-trenera-franciszka-smudy